Konferencję, a właściwie warsztaty dla włoskich radioterapeutów i fizyków medycznych, na które zaproszono Marcina jako wykładowcę, zorganizowano w Catanii - największym mieście wschodniego wybrzeża Sycylii leżacym u stóp Etny. Lecieliśmy tam rozgorączkowani planem zdobycia tego najwyższego i najbardziej aktywnego wulkanu Europy, zwłaszcza, że raporty z ostatnich dwóch tygodni donosiły o zwiększonej jego aktywności...
Już z samolotu, podczas podchodzenia do lądowania, udało nam się wypatrzeć olbrzymią Etnę, ze swoimi 3000 m wysokości, górującą niepodzielnie nad całym krajobrazem. Z krateru sączyła się smużka dymu...
Wylądowaliśmy szczęśliwie na przerażająco krótkim pasie lotniska w Catanii. Po lekkim zamieszaniu z odnalezieniem przystanku, udało nam się wskoczyć w autobus do centrum miasta i bez trudu odnaleźć hotel, w którym firma sponsorująca Marcina zarezerwowała mu pokój. Po krótkich pertraktacjach ustaliliśmy z portierem, że chcielibyśmy wziąć jednak pokój dwuosobowy i na własną rękę dopłacić różnicę. Jeszcze tylko komediowa scena, w której portier usiłował zmieścić nas, nasze plecaki i siebie samego w maleńkiej hotelowej windzie i z pełną klasą wywieźć nas na drugie piętro i jesteśmy w pokoju... Nie codziennie podczas naszych podróży korzystamy z zakwaterowania, które ma jakiekolwiek gwiazdki, ale wydaje mi się, że moglibyśmy do tego szybko przywyknąć...
Odświeżywszy się po podróży, postanowiliśmy jeszcze wyjść i rozejrzeć się po mieście. Kilka zdjęć z tego rekonesansu znajdziecie w galerii powyżej. Naprawdę nie wyszukiwaliśmy celowo tych zaśmieconych zakamarków - tak jest prawie w całej Catanii. To, plus szaleni kierowcy samochodów i skuterów paiggio, chodniki wąskie na 40 cm (zresztą i tak zastawione samochodami, zmuszając pieszych do aktywnego uczestniczenia w ruchu ulicznym - czyt. walki o przetrwanie), walające się wszędzie strzępy różowej la gazetta dello sport i psie g... to Catania. Ale i tak nie jest źle - nie słychać strzelanin w ramach mafijnych porachunków...
Tak naprawdę, to w samym centrum jest się kilka ulic zamkniętych dla ruchu kołowego, szeroki deptak i ładny plac przed katedrą, ozdobiony posągiem słonia wykonanym z czarnej wulkanicznej skały, będącym symbolem Catanii. Można też w kilku miejscach odnaleźć imponujące ruiny starożytne, m.in. fragment amfiteatru, również wykonanego z bazaltu.
Rozpoznanie przyniosło jeszcze jeden wniosek. Utopijnym pomysłem był plan wypożyczenia w Catanii samochodu na dwa dni pozostałe nam po konferencji. Pomijając fakt, że jest to przyjemność stosunkowo droga (około 50-60 euro za dzień za auto z najniższej klasy, w porównaniu z 30-35, które płaciliśmy w Niemczech, Grecji czy Chorwacji), to jazda po sycylijskich miastach nie podlega żadnym prawom. Na skrzyżowaniach nie ma świateł a zasady typu przepuszczanie samochodów nadjeżdżających z prawej, czy drogi nadrzędne i podporządkowane to fikcja... Trudno, zdobywając Etnę będziemy musieli polegać na środkach komunikacji publicznej...
30 października 2006
Następnego dnia Marcin miał wygłosić po południu swój wykład. Zerwaliśmy się jednak wcześnie rano, na trzy godziny przed wykładem inauguracyjnym, i poszliśmy na spacer po mieście. Jeśli myślicie, że rano sytuacja z ruchem ulicznym wyglądała lepiej, to jesteście w błędzie. Właściwie, mając w hotelu okno wychodzące na ulicę, doszliśmy do stwierdzenia, że mieszkańcy Catanii mają nocne dyżury w jeżdżeniu - hałas silników i częstotliwość używania klaksonów nie zelżały w nocy ani o jotę.
Nogi poniosły nas najpierw na Piazza del Doumo, z posągiem słonia wspomnianym wyżej. Zaraz jednak wchłonął nas bez reszty targ, odbywający się w sąsiadujących z nim uliczkach. Całe kosze owoców opuncji, ryby-miecze, oskubane kurczaki powiązane w pęczki, facet tłukący mięso na kotlety w petem w zębach... Z trudem oderwaliśmy się od straganów i powędrowaliśmy do jednej z największych atrakcji Catanii, o której jednak wie mało który mieszkaniec miasta - zamku Ursino, którego fosę wypełniła lawa podczas jednej z większych erupcji Etny. Dziś część fosy jest ponownie opróżniona co pozwala zobaczyć 'przekrój' przez wypełniającą ją warstwę bazaltu. Zdanie powyżej jest może nie precyzyjne - katańczycy wiedzą o zamku, ale cała historia z lawą jest dla nich tak zwyczajna, że nie traktują go jako czegoś szczególnego...
W międzyczasie zajrzeliśmy jeszcze do informacji turystycznej i wypytaliśmy się o możliwość dotarcia pod Etnę. Dowiedzieliśmy się, że codziennie o 8.15 spod stacji kolejowej rusza autobus do schroniska Rifugio Sapienza leżącego na wysokości 1900 m n.p.m. Stamtąd można wjechać kolejką na 2500 m n.p.m. a dalej autobusem 4x4 na 2900 m n.p.m. na tzw. Torre del Filosofo. Panie w informacji nie bardzo rozumiały, dlaczego mając do wyboru taką gamę środków lokomocji, tak bardzo dopytujemy się o mapę topograficzną i możliwość wejścia do Torre dle Filosofo pieszo...
Około godziny 10 Marcin wskoczył w autobus do Laboratori Nazionale del Sud i pojechał na konferencję, a ja zostałam w mieście spacerując przez kilka godzin po jego zakamarkach i dalej bezskutecznie poszukując mapy Etny w kioskach i księgarniach. Wreszcie upał, kurz i hałas na ulicach mnie pokonał - wróciłam do hotelu. Hotel ze swoją sztywną elegancją jeszcze wczoraj wydawał mi się kuriozalny na tym końcu świata cywilizowanego, ale teraz był prawdziwym azylem. Dopiero po drzemce w chłodnym, klimatyzowanym pokoju po południu wyszłam znów pospacerować.
Około 18 Marcin wrócił z warsztatów, zadowolony ze swojego wystąpienia i zaczęliśmy pełną parą planować wycieczkę na Etnę. Rano musieliśmy opuścić hotel - trzeba było więc przepakować rzeczy, zostawić co niepotrzebne w przechowalni bagażu na dworcu a o kolejny nocleg zatroszczyć się dopiero wieczorem, po powrocie do Catanii...