W końcu groźnie zaczęły się zbliżać jesienne konferencje i zaczął o sobie dawać znać brak czasu. Nie było innego wyjścia - odwróciliśmy kolejność i skróciliśmy plan wyrzucając z niego Chamonix i Wysokie Taury i wystartowaliśmy bez względu na pogodę. Mieliśmy nawet nieco haniebny plan B - może z Wenecji wypuścimy się do San Marino 'zdobyć' tamtejsze Monte Titano zamiast Grossglocknera na którego tak ostrzyliśmy sobie zęby? W ostatniej chwili wrzuciliśmy jednak do auta raki i linę... Może jednak w drodze powrotnej, jeśli aura się polepszy, uda nam się zaatakować 'Grossa', może chociaż wejść na Adlersruhe...
Wystartowaliśmy z Tybingi pod ołowianym niebem po deszczowej nocy. Jednak już pod Ulm przez chmury zaczęło przedzierać się słońce a koło Innsbrucku, mieliśmy nad sobą błękitne niebo. Decyzja była szybka - porzucamy autostradę prowadzącą do Wenecji i jedziemy pod 'Grossa'.
Z Innsbrucku autostradą na wschód a potem w dolinę Zillertal. Stamtąd wysokogórską szosą Gerlos Alpenstraße przez przełęcz Gerlos do Mittersill (droga płatna 7 euro). Po drodze zatrzymaliśmy się tylko przy największej atrakcji tej trasy reklamowanej jako Wasserwunderland - zespole wodospadów Krimmler Wasserfälle. Obejrzeliśmy je jednak tylko z daleka nie chcąc tracić czasu. Zamierzaliśmy po przyjeździe do Kals, jeszcze dziś wejść do schroniska Stüdlhütte na wysokości 2800 m n.p.m. W Mittersill skręciliśmy więc na południe i przez tunel Felbertauern tunnel (opłata 10 euro) przedostaliśmy się na drugą stronę masywu. W międzyczasie pogoda znów się pogorszyła, szczyty okolicznych gór ginęły w ciemnych chmurach już od wysokości około 2500-2800 m n.p.m. Zrobiło się jednak już późno i zmiana planu nie miała sensu. Stąd nie dojechalibyśmy już do Wenecji przed zmrokiem. Postanowiliśmy podejść do Stüdlhütte, zanocować i rano zdecydować co dalej. Nasza corsunia rozpoczęła więc wspinaczkę do leżącego na wysokości 1300 m n.p.m. Kals a stamtąd płatną Kalser Glocknerstraße (8 euro) w dolinę Könditztal, z której, na wysokości 1925 m n.p.m. rozpoczyna się podejście. I tutaj Grossglockner dał nam sygnał - pokazał się na chwilę zza chmur a jego ośnieżone zbocze zalśniło w głębi zielonej, bezleśnej doliny.
Parking na końcu Kalser Glocknerstraße (bezpłatny), przed pensjonatem Lucknerhaus (1925 m n.p.m.), pełen był spacerowiczów z rodzinami i wycieczkowiczów wysypujących się z autokarów podjeżdżających tu tylko na chwilę - żeby austriackim emerytom pokazać z daleka najwyższą górę ich kraju. W takim towarzystwie nasze kaski, czekany i raki przytroczone do plecaków zaskarbiły nam powszechny respekt. Nie można więc było już się wycofać...
Ruszyliśmy wygodną drogą przez dolinę Könditztal około 16.30. Po 45 min łagodnego podejścia minęliśmy Lucknerhütte, prywatne schronisko znajdujące się na wysokości 2241 m n.p.m. Słońce, które prześwitywało jeszcze na dole, teraz było już na dobre schowane za chmurami z których od czasu do czasu lekko prószył śnieg. Dotarliśmy jednak do Stüdlhütte w dobrych humorach wciąż licząc na poprawę pogody wysączyliśmy piwko i zaczęliśmy pichcić kolację przy okazji obserwując jak austriaccy turyści, którzy pewnie za nic nie nieśli by na górę takiego ustrojstwa jak kocher, odbierają właśnie z okienka swój Abendbrot za bagatelka, 21 euro... Na szczęście nie byliśmy odosobnieni - przy sąsiednich stolikach sproszkowane smakołyki przyrządzali Czesi, Węgrzy, Słowacy...
Niewiele później zaczęło się ściemniać i porządniej sypnęło śniegiem. Do schroniska zaczęli się schodzić też, zmarznięci i zziajani, ale w bohaterskiej aurze, dzisiejsi zdobywcy Stüdlgrat - grani wyprowadzającej na Großglockner ze schroniska Stüdlhütte. Ci którzy planowali to podejście, lub wejście normalną drogą na następny dzień, z kolei szybko ułożyli się do spania, żeby ruszyć nazajutrz przed świtem.
27 sierpnia 2006
My też zamierzaliśmy zerwać się o 5 rano, żeby najpóźniej o 6 być już na trasie. Przebudziliśmy się nawet, bo nasi 'współspacze' zaczęli się uwijać o tej dzikiej porze. Nie ruszyliśmy się jednak z łóżek, bo na zewnątrz było jeszcze całkiem ciemno (każde wytłumaczenie jest dobre, jak chce się jeszcze pospać)... I nie było to takie najgorsze posunięcie, bo jak miało się okazać, w nocy nasypało śniegu i nie znając szlaku mielibyśmy pewnie kłopoty z jego znalezieniem, a już na pewno z wybraniem odpowiedniej trasy przez lodowiec. A tak, dzięki naszemu lenistwu skorzystać mogliśmy ze śladów pozostawionych przez większą grupkę idącą z przewodnikiem jakieś pół godziny przed nami.
W chmurach, praktycznie bez żadnych widoków, dotarliśmy do lodowca. Wciąż nie byliśmy pewni, czy w takich warunkach powinniśmy atakować wierzchołek, postanowiliśmy więc przejść chociaż przez lodowiec dla wprawy i zadecydować co robić potem. Związaliśmy się liną i ruszyliśmy, choć widok szczeliny, którą minęliśmy na początku i innych, które widać było w górnych partiach lodowca trochę ochłodził nasz zapał. Na szczęście trasa prowadząca przez lodowiec, przetarta przez grupę idącą powyżej okazała się być bezpieczna i niedługo później byliśmy pod grzędą skalną, którą prowadzi dalej ubezpieczony stalowymi linami szlak. Przyprószona śniegiem skała nie zachęcała do wędrówki, okazała się być całkiem łatwa do sforsowania dzięki rakom i nawet nie wiedząc kiedy, dotarliśmy do schroniska Erzherzog-Johann na Adlersruhe (3545 m n.p.m.). W międzyczasie pomiędzy chmurami pojawiły się niewielkie przebłyski słońca i choć dla równowagi co jakiś czas prószył śnieg, to pogoda była całkiem znośna a, co najważniejsze, prawie nie wiał wiatr. Odpoczęliśmy więc godzinkę w schronisku i postanowiliśmy spróbować jak będzie dalej.
Trasa przez strome pole śnieżne na Kleinglockner też była przedeptana, choć nie widzieliśmy nikogo przed nami. W świeżym, puszystym śniegu podejście, czasem bardzo śliskie i oblodzone pod koniec lata, a przez to niebezpieczne, teraz okazało się być całkiem łatwe choć dość męczące. Po jakiejś godzinie dotarliśmy jednak na grań i znów związaliśmy się liną, żeby móc wykorzystać umieszczone tam punkty do lotnej asekuracji, ponieważ na całym odcinku, dość eksponowanym i niebezpiecznym, zwłaszcza w śniegu, jest tylko kilka metrów liny stalowej umieszczonej na stałe - na zejściu z Kleinglocknera (3783 m n.p.m.) na przełęcz Obere Glocknerscharte (3766 m n.p.m.). W pozostałych miejscach rozmieszczono co jakieś 15-20 m metalowe tyczki, o które owinąć można linę.
Widok przełęczy Obere Glocknercharte z Kleinglocknera robi wrażenie. Wąziutka przełęcz, na którą trzeba zejść po 20 metrowej ściance (umieszczono tu stalową linę do której można przypiąć się lonżami, ale uwaga dolny koniec jej ostatniego segmentu jest luźny!), sama przełęcz zasypana śniegiem i ścianka po drugiej stronie (tu nie ma stalowych lin, tylko dwie tyczki i jeden ring powyżej a teren ma stopień II w skali UIAA).
W praktyce całość okazała się być łatwiejsza niż się wydawało, a może to widok szczytu na wyciągnięcie ręki mobilizuje odwagę i siły oraz tłumi obawy. W każdym razie, po kilku minutach od zejścia z Kleinglocknera byliśmy już pod krzyżem na wierzchołku.
Niestety, w 'normalnych' warunkach pokonanie tego fragmentu może zająć znacznie więcej czasu, ponieważ tworzą się tu spore korki i w dodatku trudno mijać się z turystami idącymi w przeciwnym kierunku, tym bardziej że wszyscy powiązani są linami, które plączą się w nieopanowany sposób. Tego dnia jednak na szczycie nie było wielkiego ruchu - niepewna pogoda odstraszyła wielu. Praktycznie na całym podejściu od Erzherzog-Johann-Hütte byliśmy sami, dopiero pod samym szczytem spotkaliśmy schodzących Czechów a na wierzchołku dogonił nas zespół z austriackiej policji.
Niestety ceną za tą samotność i posiadanie góry prawie na własność, był prawie zupełny... brak widoków. Choć czasem przez chmury przeświecało słońce a w dole pod naszymi stopami ukazywał się lodowiec Pasterze, to niestety okoliczne szczyty były ukryte w chmurach i nie mieliśmy szans obejrzeć słynnej panoramy... No cóż, coś za coś...
Nasz pobyt na wierzchołku nie trwał długo. Po pierwsze zaraz po zatrzymaniu sie w marszu dało się odczuć -5 stopni Celsjusza, po drugie akurat z tej chmury, która się teraz nad nami przewalała, sypnęło śniegiem... Zaczęliśmy więc zejście, najpierw ostrożnie po ściance w dół do przełęczy (mieliśmy tu pewne obawy, poprzedni zespół, który tu widzieliśmy założył w tym miejscu zjazd, ale okazało się, że dało się zejść bez trudu). Dalej było już łatwo, choć zabrało nam to jeszcze sporo czasu - zatrzymywaliśmy się wiele razy, oglądając fragmenty skał i okolicznych gór wyłaniające się spomiędzy chmur. Wreszcie około 15 dotarliśmy do schroniska na Adlersruhe. Przez chwilę rozważaliśmy, czy nie zostać tam na noc z nadzieją na widoki następnego ranka, ale prognozy były marne, zapowiadano opady śniegu, które mogłyby nam utrudnić zejście następnego dnia a poza tym obawialiśmy się czy tak długi pobyt na tej wysokości, w zasadzie bez aklimatyzacji nie przysporzyłby nam kłopotów.
Po łyku herbaty i tabliczce czekolady, rozpoczęliśmy zejście. Początkowo tą samą drogą, którą przyszliśmy, choć planowaliśmy odbić na Mürtzaler Stieg. Jednak po dotarciu tam zmieniliśmy decyzję, ponieważ Mürtzaler Steig nie był przetarty. Zeszliśmy więc szybko Könditzkees, mijając po drodze kilka zespołów podchodzących na nocleg do Erzherzog-Johann-Hütte i około 17.30 minęliśmy Stüdlhütte i skierowaliśmy się w dół do czekającego na nas 900 metrów niżej auta.
Potem jeszcze tylko zjazd w dolinę, kemping w Matrei i zasłużony gorący prysznic i smakowite spaghetti bolognese z kocherka...