Przyznajemy się, po chwili namysłu wyprawa na wakacje z szefem wydała nam się pomysłem niedorzecznym, ale było już za późno się wycofać... ;-) A tak na poważnie... Nasz szef jest młodym i wysportowanym człowiekiem i nie jeden raz rozmawialiśmy już o naszej wspólnej pasji, jaką są góry, wiec z ciekawością przygotowywaliśmy się do tego wyjazdu. Zresztą dogrywając szczegóły ustaliliśmy z nim, właściwie on ustalił z nami, że 'być w Szkocji to być samemu' wobec czego spędzimy razem trzy, cztery dni podczas których wejdziemy na Ben Nevis a później on oddziela się i zapuszcza się jakieś dziksze tereny... Nam to nawet odpowiadało...
Przeloty do Szkocji oferuje wiele firm lotniczych, ale większość połączeń wymaga przesiadki i jest dość kosztowna. Po długich poszukiwaniach wreszcie udało nam się znaleźć ofertę Ryanair - dość czasochłonną, ale o połowę tańszą od innych. W zamian za to zdecydowaliśmy się lecieć trzy dni wcześniej niż szef i wrócić trzy dni później.
Teraz więc jechaliśmy do Friedrichshafen, skąd mieliśmy lot do Londynu (Stansted) i dalej do Glasgow-Prestwick. Całość zajęła nam około 10 godzin, ale kosztowała w obie strony za dwie osoby około 240 euro. Podróż upłynęła bez większych sensacji jeśli nie liczyć współpasażera aresztowanego w Londynie i kontroli naszego bagażu, w którym raki i kocher wyglądały na 'prześwietleniu' jak zestaw 'Mały terrorysta'.
Jeżeli chcecie skorzystać z podobnej opcji, pamiętajcie że Ryanair ląduje w Prestwick, a nie na lotnisku w samym Glasgow. Nam nie robiło to wielkiej różnicy, ponieważ już w Prestwick wypożyczaliśmy samochód. No i tu zaczęły się emocje - dostaliśmy kluczyki do Forda stojącego na parkingu przy lotnisku i... już w pierwszej sekundzie popełniliśmy błąd, który zresztą mieliśmy powtarzać przez cały pobyt - ja podeszłam do drzwi kierowcy a Marcin do drzwi pasażera. Naprawdę, można usilnie myśleć o ruchu lewostronnym, ale ten odruch jest i tak nie do pokonania... Następną godzinę spędziliśmy manewrując po parkingu, żeby przywyknąć do nowej sytuacji (nie tylko my zresztą...) - przeszliśmy wszystko: otwarcie drzwi zamiast zmiany biegów, spryskiwacz zamiast migacza, migacz zamiast spryskiwacza... Wreszcie zdecydowaliśmy się wychylić na drogę. Naszym pierwszym poważnym manewrem była... zmiana pasa na 'wolniejszy', który oczywiście okazał się być szybszy :-).
Nie wygląda to wszystko jednak tak strasznie i po pierwszych chwilach niepewności Marcin nabrał odwagi i trochę wprawy i bez kłopotów dotarliśmy na nasze upatrzone miejsce noclegowe - kemping Tantallon na wschód od North Berwick - dobry punkt startowy do trasy po opactwach nadgranicznych zaplanowanej na jutro. Przyjechaliśmy po zmroku, w recepcji juz nikogo nie było, więc rozbiliśmy się cichutko i zasnęliśmy kamiennym snem, a właściwie biorąc pod uwagę panującą temperaturę... zapadliśmy w hibernację...
30 kwietnia 2006
Nasz pierwszy dzień w Szkocji postanowiliśmy poświęcić na zwiedzenie, dawniej bardzo burzliwego, regionu południowego pogranicza, gdzie przez stulecia toczyły się walki o dominację pomiędzy Szkocją a Anglią. Jednak po drodze w planie mieliśmy najpierw miejsce zupełnie innego rodzaju - rezerwat ptactwa morskiego na klifach St Abbs.
Wyruszyliśmy więc z kempingu bardzo wcześnie, ale naszą jazdę zdecydowanie spowolniły dziesiątki zajęcy i bażantów kicających i spacerujących w pobliżu drogi i po samej drodze. Z okien samochodu obejrzeliśmy jeszcze zamek Tantallon - olbrzymie ruiny stojące na samym brzegu klifu morskiego nad Firth of Forth oraz doskonale widoczną w porannym świetle wyspę Brass Rock z latarnią morską - olbrzymią kolonię głuptaków.
Wreszcie jednak dotarliśmy do zamkniętego jeszcze Visitor Centre w wiosce St Abbs, zostawiliśmy auto na parkingu i ruszyliśmy na spacer ścieżką po klifach. Przepiękna sceneria i ptasie gniazda na wyciągnięcie ręki sprawiły, że ten może 4-kilometrowy spacer zajął nam prawie trzy godziny. Ścieżka prowadzi wzdłuż klifów do latarni morskiej. Skały w jej pobliżu są najlepszym punktem obserwacyjnym - będąc tam sami, jeszcze przed przyjściem innych zwiedzających czuliśmy się chwilami jak w filmie przyrodniczym z Wysp Galapagos...
Skomplikowana i poszarpana linia brzegowa St Abbs jest efektem działalności wulkanów i morza a jej liczne zatoczki, zagłębienia i skały wznoszące się 90 metrów ponad powierzchnią Morza Północnego, stały się domem dla tysięcy ptaków (ponoć w okresie maj-czerwiec zamieszkuje ich tam do 50 tysięcy!) i objęte są ścisłą ochroną jako rezerwat przyrody.
Rezerwat jest pod pieczą National Trust of Scotland i spośród kolonii ptactwa chronionych przez tą organizację (pozostałe to: St Kilda, Canna, Mingulay), jest zdecydowanie najłatwiej dostępny.
Gniazdują tam przede wszystkim nurzyki, alki, mewy trójpalczaste, fulmary a nawet nieliczne maskonury.