Zdobycie Mitikasa, najwyższego z wierzchołków Olimpu, było naszym głównym celem podczas wycieczki do Grecji. Wiedząc o kaprysach pogody i czekających nas trudnościach byliśmy gotowi poświęcić na to prawie całe nasze tygodniowe wakacje. Na szczęście Zeus okazał się być dla nas bardzo łaskawy i zdobyliśmy wierzchołek w ciągu dwóch dni. A potem... Potem przejechaliśmy 1800 km po Grecji łapczywie zwiedzając wszystko co było w naszym zasięgu. Było za szybko i za dużo, ale tak wygląda chyba zawsze pierwszy pobyt w tak atrakcyjnym kraju...
Zaraz po wylądowaniu w Salonikach, odebraliśmy wypożyczony na ten tydzień samochód (zdecydowaliśmy się na ten sposób podróżowania, by móc zwiedzić jak najwięcej w ciągu tych zaledwie paru dni) i po prawdziwym kursie przetrwania na ulicach Salonik, wydostaliśmy się na autostradę w kierunku Aten. Po niespełna 50 kilometrach na przymglonym horyzoncie wyłonił się Olimp, a po kolejnych trzydziestu kilometrach wpatrywaliśmy się w niego z klifu morskiego w pobliżu Litochoro - u samych stóp Boskiej Góry...
Tutaj też zostaliśmy na noc, zasypiając wsłuchani w szum morza, ale myślami błądząc po skałach prawie 3000 metrów wyżej... Czy damy radę? Czy dopisze nam pogoda, czy też Zeus Gromowładny postraszy nas piorunami i przepędzi sprzed progów swojego pałacu?...
5 czerwca 2005
Zerwaliśmy się wcześnie rano i połknęliśmy śniadanie oglądając słońce wyłaniające się z Morza Egejskiego i oświetlające kolosa za nami pierwszymi promieniami. Nie przysłaniała go nawet najmniejsza chmurka...
Błyskawicznie przepakowaliśmy plecaki zostawiając z samochodzie niepotrzebny balast i podjechaliśmy do Diakladosi (Gortsii), gdzie zaczyna się szlak podejściowy na Płaskowyż Muz.
Ścieżka prowadziła w las, dość stromo pod górę, ale dobrze wytyczone zakosy ułatwiały zdobywanie wysokości. Po około godzinie staliśmy już na Barbie (1450 m n.p.m.). Dalej, za znakami powędrowaliśmy w stronę Skourty, od której w pionie dzieliło nas 1000 metrów. Sądząc po przebiegu dalszej trasy - w poziomie chyba mniej... Po około godzinie, w miejscu zwanym Stargos (ok. 1650 m), szlak rozwidlał się a nas podkusiło, żeby podejść jego częścią nazwaną Anathema... W efekcie następne 800 metrów różnicy wzniesień pokonaliśmy po bardzo stromym stoku, pokrytym rzednącym lasem kolosalnych sosen bałkańskich, po którym teoretycznie biegł szlak. W praktyce na ziemi trudno było doszukać się jakiejkolwiek ścieżki. Kierunek wyznaczały tylko kleksy czerwonej farby na drzewach i kamieniach. Tak jakby turyści nie stąpali po ziemi lub... nie chodzili tędy wcale...
Nawet z naszym ograniczonym do minimum bagażem na dwa dni to podejście dawało w kość. Ale nagradzało tym, że po jego pokonaniu pozostawało już tylko 300 metrów różnicy wzniesień do naszego dzisiejszego celu - Płaskowyżu Muz.
Tuż przed osiągnięciem Skourty (2475 m n.p.m.) weszliśmy w chmury. Podczas naszych zmagań ze stokiem, Olimp zdążył bowiem całkowicie się nimi otulić. Trochę ostudziło to nasz zapał, zwłaszcza że jeszcze przed wyjazdem studiowaliśmy prognozy pogody i przewidywane było pogorszenie z możliwymi burzami. Mimo wszystko jednak postanowiliśmy dotrzeć na płaskowyż, gdzie w razie czego, jeśli pogoda wykluczy biwak pod namiotem, mogliśmy liczyć na schronisko...
Po odpoczynku na Skourcie ruszyliśmy, najpierw lekko w dół, następnie wąską granią o bardzo adekwatnej nazwie Lemos, czyli Szyja, dotarliśmy pod ostatni stromy odcinek - ściankę, po której zakosami szlak wyprowadza na przełęcz Giosos - wrota na płaskowyż.
Rajsko, a raczej arkadyjsko wyglądająca na zdjęciach łąka pokrywająca Płaskowyż Muz, niestety przywitała nas ponurą, ciemną chmurą. Postanowiliśmy poprawić sobie humory przy piwku w schronisku SEO. I tu zaczęliśmy nabierać podejrzeń. Co prawda źródła w internecie podawały, że schroniska są czynne poza sezonem w weekendy, a właśnie było wczesne niedzielne popołudnie, jednak na płaskowyżu było podejrzanie pusto... Uświadomiliśmy sobie, że w ciągu całego dnia spotkaliśmy raptem 'pięć osób na krzyż', zresztą tylko idących w dół. Szanse, że schronisko, dostępne tylko pieszo po kilkugodzinnej wędrówce, będzie czynne, były mizerne. I nie myliliśmy się w tym przeczuciu. Szybko jednak odkryliśmy, że drzwi do jadalni nie są zamknięte na klucz a za budynkiem znajduje się beczka pełna deszczówki. Mieliśmy więc wszystko, czego było nam potrzeba: dach nad głową, woda z beczki + nasza chińska 'błyskawica z proszku' = posiłek, no i cały Płaskowyż tylko dla nas...
Pora była jeszcze wczesna i zamierzaliśmy nawet jeszcze się gdzieś przejść, ale jak narazie wszystko przesłaniały chmury, więc postanowiliśmy je przeczekać. Licząc na to że rozwieją się przed wieczorem, planowaliśmy zaatakować jeszcze około 17 po południu Mitikas. Tak na wszelki wypadek - gdyby nazajutrz pogoda miała rzeczywiście się załamać... Narazie jednak wypatrywaliśmy wiodącej na niego ścieżki, co nie było takie proste, zwłaszcza, że (wstyd się przyznać) nie mieliśmy topograficznej mapy terenu... Z mapy pobranej z internetu, wynikało, że aby wejść na szczyt, trzeba przejść przez przełęcz pomiędzy wierzchołkiem Touba a ścianą Stefani, którą chwilami odsłaniały nam poszarpane chmury.
Póki co postanowiliśmy się zdrzemnąć...
I rzeczywiście, około 16 chmury zaczęły zanikać. Ruszyliśmy więc obmyśloną trasą. Do przełęczy wiodła wygodna ścieżka, która dalej trawersowała podstawę ściany Stefani. Nasza ścieżka przewijała się na drugą stronę i tam... zaczynała opadać w dół trawersem po bardzo sypkich piargach. Szło się coraz trudniej, traciliśmy wysokość a ściany Stefani i szczytu, który wyglądał nam na Mitikas niepokojąco rosły. Co gorsza nie było w nich widać żadnej szczeliny, żadnego komina, którym dałoby się podejść w górę. Po około 30 minutach uznaliśmy, że to nie może być właściwy szlak, zwłaszcza, że niemal zginął on w piarżysku. Wróciliśmy do schroniska z nosami na kwintę. Dziś już nie wejdziemy na szczyt. Jutro pogoda może być jeszcze gorsza i być może będziemy musieli się wycofać. A nawet jeśli pogoda się utrzyma to nie wiemy JAK iść na górę...
Na szczęście Zeus zesłał nam posłańców w postaci, grupki młodych Greków, którzy kompletnie nie rozumieli co od nich chcemy ale w końcu dali nam spojrzeć na swoja mapę a nawet sfotografować ją. Dobra nasza! Mamy zdjęcie mapy na dysku w aparacie - lepsze to niż nic...
Szlak na Mitikas ewidentnie biegł od przodu Stefani, a więc tą wygodną ścieżką, której już się przyglądaliśmy. Jak się okazało, był to początek trawersu zwanego Zonaria i prowadzącego do schroniska A. Z mapy wynikało, że tuż za granią biegnącą ze szczytu Stefani, od Zonarii odchodziły trzy szlaki w górę, z których jeden prowadził na Mitikas. Postanowiliśmy przejść się tam i wybadać trasę na jutro. Szybko przetrawersowaliśmy ścianę, pokonując niewielkie poletka śnieżne. Odnaleźliśmy szlak na Stefani i minęliśmy go. Jednak góry znów zasnuły się chmurą i nie mogliśmy rozstrzygnąć który z następnych dwóch szlaków prowadzi na wierzchołek. Ciemna chmura i fakt, że byliśmy po wschodniej, zacienionej już stronie stoku oraz czekające nas dwa poletka śnieżne w drodze powrotnej, sprawiły, że nie próbowaliśmy już wybadać tych szlaków. Wróciliśmy do schroniska zastanawiając się co robić jutro. Żaden ze szlaków nie wyglądał na łatwy do pokonania, zwłaszcza z dużym plecakiem.
Pogoda zaczęła się znów poprawiać, więc przed zachodem słońca poniosło nas jeszcze kilkadziesiąt metrów w górę na Toubę, z której rozpościerał się szerszy widok, a szczególnie pięknie prezentował się Stefani i otoczenie kotła Kazani.
Jak narazie powoli zapadał zmrok i oziębiało się, ale za to chmury ustępowały i przed zaśnięciem cieszyliśmy się bezchmurnym niebem...