Chcąc zyskać trochę na czasie wyjechaliśmy z Tübingen już w piątkowy wieczór i po kilkudziesięciu kilometrach jazdy wzdłuż krawędzi malowniczej Jury Szwabskiej, tuż za miejscowością Donaueschingen, skręciliśmy na szosę prowadzącą prosto do serca Czarnego Lasu - nad malownicze jezioro Titisee. Na noc zatrzymaliśmy się nad samym jego brzegiem a efekty naszej bardzo wczesnej pobudki następnego dnia w bezchmurny choć zimny poranek widać na zdjęciach...
30 kwietnia 2005
Jezioro Titisee ze swoimi dwoma kilometrami długości i około siedmiuset metrami szerokości jest przez niektóre źródła wymieniane jako największe naturalne jezioro w 'centralnej części gór niemieckich'. Cokolwiek to oznacza...
Zdecydowanie większe od niego jest pobliskie jezioro Schluchsee, które, choć w naszym przewodniku określane jako 'polodowcowe', swoje rozmiary 7,5x1,5 km zawdzięcza jednak wybudowanej w 1932 roku w miejscowości Seebrugg... tamie...
Niezależnie jednak od tych geograficznych ciekawostek i porównań, obydwa jeziora to główne atrakcje turystyczne regionu, otoczone miejscowościami turystyczno-uzdrowiskowymi, dysponujące bazą noclegową o dowolnym standardzie i posiadające wypożyczalnie sprzętu wodniackiego.
Zanim słońce wyłoniło się zza jednego z łagodnych wzgórz okalających jezioro, wskoczyliśmy w samochód i podjechaliśmy szosą trochę wyżej w stronę stacyjki kolejowej Feldberg-Bärental - nawiasem mówiąc najwyżej położonego przystanku kolejowego w Niemczech. Już poprzedniego dnia wypatrzyliśmy ładne miejsce przy drodze do zatrzymania się i zjedzenia śniadania z widokiem na Feldberg w pierwszych promieniach słońca...
Tu po raz pierwszy poczuliśmy, że samochód to nie tylko wygoda, ale też ograniczenie. Wczesna pora, piękny dzień i nogi rwące się do pierwszej w tym roku wędrówki przekonywały, by podejście na szczyt zacząć stąd (znaki podawały odległość około 12 km). Jednak wiązałoby się to z koniecznością powrotu w to samo miejsce, co razem z kilkunastokilometrową rundką, którą planowaliśmy zrobić w okolicach samego wierzchołka i z... brakiem mapy :-) sprawiało, że nie zdołalibyśmy zrealizować wszystkich planów na ten weekend.
Podjechaliśmy więc jeszcze parę kilometrów i zostawiliśmy samochód na przełęczy Passhöhe (1200 m n.p.m.). Stąd ścieżka, najpierw odrobinę w dół, później łagodnie w górę, wyprowadziła nas na przełęcz pod szczytem Seebuck (1448 m n.p.m.). Hotele, parkingi, wyciąg krzesełkowy - tym przywitał nas Feldberg. Na szczęście było jeszcze (jak na niemieckie warunki, a ściślej na wyobrażenia niemieckich turystów) ekstremalnie wcześnie i wszystko to świeciło pustkami. Powędrowaliśmy w górę, wzdłuż stoku narciarskiego i po niespełna pół godzinie rozkoszowaliśmy się pysznym widokiem spod pomnika Bismarcka na szczycie Seebucka. Po wschodniej stronie szczytu, pod naszymi stopami ział głęboki polodowcowy kocioł, a w nim jak błękitny klejnot skrzyło się jezioro Feldsee.
Za nami na północ i północny-zachód ciągnęło się wywłaszczenie szczytowe Feldbergu, jak narazie zasłaniające dalszy widok, ale za to południowy zachód i południe to prawdziwa przyjemność - na bliższym planie łagodne wzgórza Schwarzwaldu z wyróżniającą się, bezleśną górą Belchen (1414 m n.p.m.) a w tle, zamglone, ale jednak widoczne kolosy alpejskie z Finsteraarch (4279 m n.p.m.), Eigerem (3975 m n.p.m.), Monchem (4106 m n.p.m.) i Jungfrau (4166 m n.p.m.) w centrum - ponoć przy dobrej widoczności panorama obejmuje tu łańcuch Alp od Wettersteingebirge ze znanym nam już Zugspitze po sam Mont Blanc...
No cóż, nie mogliśmy się oprzeć pokusie i przed opuszczeniem szczytu Seebucka przećwiczyliśmy jeszcze nasze wspinaczkowe umiejętności 'boulderując' po kilkumetrowej wysokości pomniku Bismarcka - dobrze, że nasi koledzy z pracy tego nie widzieli...
Przejście z Seebucka na Feldberg to spacer, niestety okropną szutrową drogą i to w pełnym słońcu - na szczęście było jeszcze bardzo wcześnie i nie odczuliśmy tego zbyt dotkliwie. Na Feldbergu (1493 m n.p.m.) znów usiedliśmy żeby nacieszyć się panoramą, starając się tylko uniknąć stacji meteorologicznej i wieży telewizyjnej w polu widzenia...
Feldberg (1493 m n.p.m.), najwyższy szczyt Niemiec leżący poza łańcuchem Alp, choć nie zwala z nóg swą wysokością nad poziomem morza, posiada jednak ostry klimat pełen kontrastów. Z jednej strony jest to jedno z najbardziej nasłonecznionych miejsc w Niemczech (1700 godzin słońca rocznie), z drugiej strony zwarta pokrywa śnieżna utrzymuje się na nim średnio przez 5 miesięcy w roku (157 dni), łaty śniegu zalegają do lipca a czasem i sierpnia, średnia roczna temperatura wynosi +3.3 stopnia a 10 lutego 1956 roku zanotowano tu zimą rekordowy mróz -30.7 stopnia...
Wszystko to wiadomo dzięki prowadzonym tu od 1915 roku obserwacjom meteorologicznym.
Nasza dalsza trasa biegła ładnie poprowadzonym szlakiem w stronę Feldsee, które już widzieliśmy z góry. Ścieżka co i rusz przecinała łaty śniegu i kępy kaczeńców a po kilkunastu minutach wprowadziła nas do lasu. Stamtąd, całkiem stromo w dół, na krawędź nad północno-wschodnim brzegiem jeziora i wreszcie na dno doliny, skąd trzeba było jeszcze wrócić kilkaset metrów, by wreszcie stanąć nad stawem. Tam postanowiliśmy coś przekąsić, co jakimś szóstym zmysłem wyczuła parka kaczek urzędujących nieopodal...
Zdecydowanie jednak niższej klasy zmysłami sprawdziły one jednak co mamy do zaoferowania wtykając swoje dzioby i łapy do naszego plecaka i pojemnika na kanapki. Na szczęście większą subordynację wykazały podczas karmienia stojąc na baczność i w pełni egalitarnie - raz jedna raz druga - łapiąc w powietrzu rzucane im okruszki...
Z zadowoleniem patrzyliśmy teraz na górujący na nami wierzchołek Seebucka na którym uwijało się stadko turystów - jak dobrze, że byliśmy tam z samego rana, kiedy był pusty...
Posileni i wypoczęci ruszyliśmy dalej - najpierw wokół jeziorka a później lasem, po stromym zboczu na przełęcz pod Seebuckiem, znaną nam już z samego ranka. Stamtąd jeszcze tylko dwadzieścia minut drogi i byliśmy przy samochodzie...
Zjechaliśmy w głęboką dolinę na dnie której leży Todtnau, przejechaliśmy do Schönau i stamtąd mozolnie wspięliśmy się pod dolną stację kolejki na górę Belchen (1414 m n.p.m.). Pomimo upału postanowiliśmy wydrapać się i na tą górę, słynącą z jeszcze wspanialszej panoramy Alp oraz widoku na dolinę Renu i wznoszące sie po jej przeciwległej stronie bliźniacze góry - Wogezy. Po półgodzinnym podejściu byliśmy już przy schronisku Belchenhaus, a po następnym kwadransie na kopulastym, bezleśnym wierzchołku. Niestety mgła i kurz w powietrzu przesłoniły Alpy całkowicie ale jedno jest pewne - Belchen będzie naszym celem w któryś jesienny dzień, kiedy szanse na dobrą widoczność będą lepsze...
Póki co wróciliśmy w pośpiechu do samochodu, żeby zdążyć do kolejnej atrakcji zaplanowanej na ten dzień - ruin term rzymskich w Badenweiler. Po drodze przejechaliśmy jeszcze przez dolinę, w której rozlokowała się wioska Münstertal - uważana za jeden z przykładów malowniczego szwarcwaldzkiego budownictwa. Szczerze - oprócz ładnego krajobrazu nie dostrzegliśmy tam nic specjalnego - zamiast zabytkowych drewnianych domów wszędzie widzieliśmy tylko raczej eleganckie wille, dacze i pensjonaty. Nazwa doliny wywodzi się od innej jej atrakcji - klasztoru św. Trudperta założonego w IX wieku i noszącego imię irlandzkiego misjonarza, zamordowanego w 607 roku. Niestety dzisiejszy klasztor to kompleks budynków barokowych, który, choć malowniczo prezentuje się w zielonej dolinie i uważany jest za jedno z arcydzieł Petera Thumba, nie skusił nas do zwiedzania. Może to dlatego, że nie przepadamy za barokiem, a może dlatego, że myślami byliśmy już w rzymskich łaźniach...
Do term w Badenweiler wpadliśmy w ostatniej chwili - na kwadrans przed zamknięciem oszklonego pawilonu, którym osłonięto świetnie zachowane ruiny.
Termy w Badenweiler są jedną z najlepiej zachowanych budowli tego typu na północ od Alp. Rzymska nazwa dzisiejszego kurortu to prawdopodobnie Aquae Villae a osada posiadała prawdopodobnie nie tylko termy, ale szereg budynków mieszkalnych, sklepów oraz świątynię. Ruiny term odsłonięto w 1784 roku pod patronatem margrabiego Karola Fryderyka z Baden.
Co ciekawe w czasach rzymskich termy poświęcone były rzymskiej boginii łowów Dianie, jednak jej kult połączono tu z lokalnym kultem celtyckiej boginii Czarnego Lasu Abnoby, o czym można przekonać się odczytując inskrypcję na kamieniu z ołtarza, odrestaurowanym i umieszczonym w pawilonie. Dziś, specjalnie skonstruowany pomost powadzi zwiedzających ponad czterema basenami z różowo-czerwonego piaskowca, na których dnie zachowały się nawet wykładające je niegdyś 'kafelki', a umieszczone w budynku tablice i rekonstrukcje pozwalają bez trudu wyobrazić sobie jak łaźnie wyglądały w czasach świetności.
Po zwiedzeniu term i krótkim odpoczynku w chłodzie zacienionego parku zdrojowego wyruszyliśmy na ostatni odcinek naszej dzisiejszej trasy - do Fryburga Bryzgowijskiego (Freiburg im Breisgau).
Do miasta wjechaliśmy około siódmej wieczorem i postanowiliśmy pospacerować w nim jeszcze jakieś dwie godzinki, zanim zaczniemy szukać kempingu. Przez chwilę myśleliśmy nawet, że to wystarczy w temacie 'zwiedzanie' i że rano pojedziemy dalej, jednak miasto to ma w sobie coś uroczego, coś co musi zatrzymać turystę na dłużej i już po chwili ten pomysł wydał nam sie niedorzeczny - postanowiliśmy poświęcić na zwiedzanie także przedpołudnie kolejnego dnia.
Teraz jednak dopisało nam szczęście i udało nam się, na kilka minut przed mszą świętą wtargnąć do katedry na ogół zazdrośnie strzeżonej przed turystami i dostępnej tylko z przewodnikiem podczas płatnych wejść organizowanych raz lub dwa razy dziennie.
Ze skarbów we wnętrzu najbardziej przykuwają uwagę XIII- i XVI-wieczne witraże, XIII-wieczna figura Madonny nad wejściem oraz gotyckie ołtarze, łącznie z tryptykiem Ukoronowanie NMP Hansa Baldunga Griena z lat 1512-16, najbardziej utalentowanego ucznie Dürera. Niestety niewiele więcej udało nam się zobaczyć - wszyscy turyści zostali usunięci w zdecydowany sposób, a następnego dnia katedra była zamknięta na patyk...
W taki to sposób, nieco dziwnie obejrzeliśmy ją najpierw od środka a dopiero później od zewnątrz. A trzeba przyznać, że górując nad Münsterplatz robi ona naprawdę spore wrażenie, a jej dekoracja rzeźbiarska kryje wspaniałe skarby... Ale po kolei...
Budowę katedry rozpoczęto około roku 1200 roku - miała ona być zwykłym kościołem parafialnym i zastąpić świątynię istniejącą tu już od około 80 lat i pamiętającą czas lokacji miasta. Budowla, w całości ufundowana przez mieszkańców, zaprojektowana została w stylu romańskim i zgodnie z tym projektem wzniesiono transepty. Jednak we Francji w tym czasie rodził się strzelisty gotyk i powstawała wspaniała katedra w Strasbourgu... Jeden z jej twórców został wkrótce zatrudniony do kontynuacji budowy i tak powstała nawa główna oraz wieże (główna i jej dwie mnjesze siostry - Hahnetürme, czyli Wieże Kogucie) oraz system łuków przyporowych. Wreszcie, w połowie XIV wieku, Johannes Praler przstąpił do prac nad prezbiterium, którego największą ozdobą są portale - zwłaszcza północny przedstawiający stworzenie świata - niestety obecnie poddawany był renowacji, więc nie mogliśmy go zobaczyć...
Najwspanialszym skarbem katedry jest chyba jednak kruchta z 1270 roku. Barwne rzeźby pokrywające jej ściany to jedne z najwybitniejszych dzieł tego okresu w całych Niemczech. Nad drzwiami wejściowymi umieszczono 'Madonnę z Dzieciątkiem', na tympanonie sceny z Nowego Testamentu, na ścianach bocznych 'Panny Mądre' i 'Panny Głupie' a za plecami wchodzącego, w narożnikach, dwie ciekawe rzeźby: w północnym 'Szatana jako Księcia Ciemności' pod postacią młodego rycerza a w południowym 'Miłość Zmysłową'...
Spacerowaliśmy jeszcze dłuższą chwilę uliczkami Freiburga i wreszcie po zmroku pojechaliśmy na nocleg na kemping we wschodniej części miasta...