Jedenaście miesięcy za biurkiem przy komputerze, góry oglądane tylko na naszych starych zdjęciach, ja po trzytygodniowej walce z ospą - tak mniej więcej wyglądało nasze przygotowanie do pierwszego wyjazdu z Alpy... Cel: najwyższy szczyt Niemiec Zugspitze (2962 m), skład: Ula, Marcin, Dorota i Wawrzyk, jedyny naprwdę mocny punkt naszej ekipy, który właśnie kilka dni wcześniej przyjechał do nas do Tybingi na rowerze z... Krakowa. Ale co tam, damy radę, to przecież 'bułka z masłem'...
Rekonesansowa wyprawa w Alpy i zdobycie Zugspitze, najwyższego szczytu Niemiec, marzyły nam się odkąd rozpoczęliśmy pracę w Tybindze. Długo nie udawało nam się wyrwać kilku wolnych dni na ten wypad, wreszcie, pod koniec sierpnia udało nam się wyprosić tydzień u szefa. Tym lepiej, ze w tym czasie wakacje u nas spędzała moja siostra z kolegą więc grupa szturmowa powiększyła się do czterech osób.
15 sierpnia 2004
Najwygodniejszym i chyba nawet najtańszym sposobem podróżowania na trasie, którą sobie wymyśliliśmy okazało sie być wynajęcie samochodu. Chcieliśmy zwiedzić jak najwięcej po drodze, więc korzystanie z komunikacji publicznej kosztowało by nas sporo czasu i wyszło by pewnie drożej...
W ten sposób, w niedzielę 15 sierpnia rano zapakowaliśmy nasze plecaki i ruszyliśmy srebrnym 'punciakiem' na trasę. Kilka minut później, kiedy mijaliśmy Reutlingen, zorientowaliśmy się, że nie jesteśmy sami... Gapowicz, przyssany do naszej bocznej szyby jakąś 'nadinsekcią' siłą (bo trudno tu mówić o nadludzkiej sile) pędził z nami 90 km/h i zdawał się nic sobie z tego nie robić.
Bad Urach
Pierwszy przystanek urządziliśmy sobie niespełna 30 km od Tybingi w Bad Urach. Nie zwiedzaliśmy jednak, skądinąd ładnego miasteczka, które w 1442 roku stało się jedną z dwóch stolic podzielonego hrabstwa Wirtembergii, tylko podeszliśmy około 15 min do wodospadu Uracher Wasserfall. Niestety, niski poziom wody sprawił, że wyglądał on dużo skromniej, niż pocztówkach, które widzieliśmy, i nie zatrzymał nas na długo...
Wyruszywszy z Bad Urach zaczęliśmy wspinać się krętą szosą na krawędź Jury Szwabskiej, by później łagodnym i długim zjazdem dotrzeć do miejscowości Blaubeuren.
Blaubeuren
Blaubeuren, położone w ciasnej dolinie o zboczach usianych malowniczymi skałami, kryje dwa ciekawe obiekty - średniowieczny klasztor benedyktyński oraz wywierzysko krasowe Blautopf.
Nasz spacer po Blaubeuren rozpoczęliśmy poniżej wywierzyska i zmierzając w jego stronę wzdłuż strumienia oddawaliśmy się fantazjom kulinarnym na temat pływających w nim, połyskujących na fioletowo, ogromnych pstrągów. Po kilku minutach dotarliśmy do niewielkiego rozlewiska, za którym próg i koło młyńskie, kryły Balutopf. 'Błękitny kociołek' ma rzeczywiście przepiękny lazurowy kolor. Wywierzysko, przy średnim stanie wód wyrzuca 2280 litrów wody na sekundę stać je jednak na znacznie więcej. Rekordowy przepływ zmierzono w dniu 27 marca 1988 - 32670 l/s. Źródło jest jednak kapryśne i czasem niemal wysycha - 13.10.1991 roku zanotowano zaledwie 250 l/s.
Jego głębokość wynosi 21 metrów a pod powierzchnią wody ukryte jest wejście do jaskini odkryte podczas badań przeprowadzonych w latach 1960-62 przez grupę grotołazów pod kierunkiem Manfreda Kellera. Jaskinia dostępna jest tylko w okresach suszy, kiedy to możliwe staje się pokonanie prowadzącego do niej wąskiego podwodnego przesmyku (szczelina ma 4 metry szerokości i 80 cm wysokości a wypływająca z niej woda porusza sie z prędkością 25 cm/sek - nurek nie może się poruszać przeciwko tak silnemu prądowi). W roku 1985 grotołaz Jochen Hasenmayer eksplorował jaskinię. Po około 1250 metrach pustki jaskini sięgają poziomu wód gruntowych. Hasenmayer odkrył tam komorę, którą nazwał Mörike-Dome (nazwa ta upamiętnia osobę Eduarda Mörike (1804-1875) szwabskiego poety i pastora protestanckiego).
Zrobiony przez Hasenmayera podczas eksploracji film, trwający 45 minut, wyświetlany jest dla turystów w kuźni znajdującej się nad strumieniem tuż obok wywierzyska (opłata: 2.50 bilet normalny, 1.50 ulgowy)
Mniej naukowo... Legendy mówią, że Balutopf zamieszkuje syrena morska Schöne Lau, wypędzona przez męża z królestwa w głębinach Morza Czarnego... Film Hasenmayera zatytułowany jest 'Nurkowanie w królestwie Pięknej Lau'.
W błękitnej wodzie tuż obok uroczej kuźni z muru pruskiego, odbija się wieża kościoła klasztornego, dokąd teraz skierowaliśmy kroki.
Klasztor ufundowany został w 1085 roku przez grafów z Tybingi Anselma i Hugo oraz ich brata Sigiboto z Ruck. Pierwsi mnisi przybywają do niego z Hirsau w 1099 roku.
W 1562 roku do klasztor został zreformowany. Jego pierwszym ewangelickim opatem a jednocześnie przełożonym szkoły klasztornej został Matthäus Alber. W dwukrotnie rozwiązywanej i zakładanej (funkcjonowała ona w latach 1556-1630 oraz 1650-1810) szkole a później w seminarium ewangelickim kształciło się wiele osobistości ważnych w historii Wirtembergii i całych Niemiec, m.in. Hölderin, którego podpis do dziś widnieje na ścianie opactwa. Przemiły sprzedawca biletów w klasztorze, niemal przemocą nakłonił na do kupienia Familienkarte, choć na pierwszy rzut oka wiadomo było, że nie jesteśmy rodziną:-) W murach czekał nas układ architektoniczny dobrze już nam znany z Bebenhausen - z otoczonym krużgankiem dziedzińcem z krytą studnią. W niewielkim kościele natomiast zachwyciła nas różnorodność rzeźbiarskich zdobień na stallach (1493-94) i koronkowe wykończenie ołtarza, uważanego za jeden z najpiękniejszych przykładów późnego gotyku w Niemczech.
Ulm
Tego dnia czekało nas jednak jeszcze jedno gotyckie zaprzeczenie praw grawitacji - najwyższa wieża kościelna na świecie - wieża katedry w Ulm. Kilkadziesiąt kilometrów dzielące nas od rodzinnego miasta Einsteina, widząc już z okien iglicę wieży, pokonaliśmy recytując 'Pod Ulm, pod Ulm pod Austerlitz...' resztę pewnie znacie... A propos Einsteina, to urodził się on w Ulm 14 marca 1879 roku, czym Ulm bardzo się dziś szczyci, ale spędził tam tylko pierwszych 15 miesięcy życia... Dom rodzinny Einsteinów stał przy ulicy Bahnhofstrasse, numer 135. Został jednak został zniszczony podczas nalotów bombowych w grudniu 1944 roku.
Trochę trudniej było kierować się widokiem wieży w samym mieście, gdyż nie jest ona widoczna z jego krętych i nie zbyt jasno oznakowanych ulic, ale i to nam się powiodło. Jednak po dotarciu na Münsterplatz zostaliśmy całkowicie zaabsorbowani innym, zdecydowanie mniejszym obiektem... Dwa profile Einsteina w kontrastowych kolorach, niebieskim i pomarańczowym, z formułą E=mc^2 po prostu pochłonęły nas bez reszty dostarczając zabawy na dobre 20 minut - jak to niewiele trzeba fizykom do szczęścia... No ale w końcu odlepiliśmy się od nich i spojrzeliśmy na katedrę.
Katedra rozmiarami ustępuje tylko konkurentce z Kolonii. Jej olbrzymia, bogato dekorowana fasada, z której wyrasta mierząca 161,53 m wieża góruje nad placem. Jej budowę, opłacaną ze składek mieszkańców miasta, rozpoczęto pod koniec XIV wieku (kamień węgielny położono 30 czerwca 1377 roku) pod kierunkiem najsławniejszego architekta tych czasów - Heinricha Parlera, ojca Petera Parlera (którego dziełem jest katedra św. Wita na praskich Hradczanach).
Ornamenty i rzeźby zdobiące główny portal są dziełem mistrza Hartmanna, pierwszego znanego w historii z imienia, rzeźbiarza z Ulm. Wiek później główna bryła katedry została ukończona a ówczesny architekt Matthias Böblinger rozpoczął budowę wieży według swego planu. Jednak podczas budowy, dolne partie pod ogromnym ciężarem nowo powstającej konstrukcji, zaczęły pękać. W 1492 roku budowę wstrzymano. Dopiero w epoce romantyzmu, w 1885 roku, podjęto się usunięcia szkód i ukończenia budowy... Zgodnie z oryginalnymi planami ukończono górną część wieży. Za oficjalną datę uznaje się 31 maja 1890 roku
Wnętrze katedry także zachwyca ogromem. Uwagę zwracają tu zwieńczenia baldachimów nad amboną, chrzcielnicą i tabernakulum - lekkie, koronkowe i strzeliste - jakby były modelami wieży górującej nad katedrą. Najpiękniejszym elementem wystroju katedry są chyba jednak stalle. Wykonane zostały w latach 1469-74 w dębowym drewnie, przez Jörga Syrlina Starszego, i ozdobione są naturalnej wielkości popiersiami, w tym także kobiecymi.
Oczywiście można wejść na słynną wieżę, czego naturalnie nie mogliśmy sobie odpuścić. Pokonanie 768 schodów, prowadzących na najwyższy dostępny taras, na wysokość 140 metrów, z czego znaczny odcinek wewnątrz ażurowej konstrukcji samej iglicy, skąd niemal od stopami oglądać można całe miasto z ptasiej perspektywy to naprawdę duże wrażenie. Niestety na ostatnim odcinku utknęliśmy w 'korku' ale po kilkunastu minutach czekania byliśmy już na platformie widokowej wypatrując w dole pomarańczowego 'Einsteina', na którym przedtem robiliśmy sobie sesję zdjęciową.
Z platformy, wypatrzeć można jedną z ciekawostek Ulm (choć wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy), na grzbiecie dachu umieszczono niewielkiego ptaszka znanego jako Ulmer Spatzel. Podobno upamiętnia on sprytnego wróbla, podglądając którego trochę nierozgarnięci robotnicy podczas budowy wwieźli przez zbyt wąską bramę miejską długie drewniane belki. Po wielu nieudanych próbach sam burmistrz rozkazał wyburzyć część muru miejskiego, aby wnieść belki. Na szczęście w samą porę pojawił się wróbelek, niosący długi patyk na budowę gniazda. Jak się wszyscy domyślacie - ptasi 'trick' polegał na wniesieniu patyka przez wąski otwór prowadzący do gniazda wzdłuż a nie w poprzek. Wystarczyło ruszyć głową...
Przy dobrej pogodzie z wieży dostrzec można szczyty Alp, m. in. Trettachspitze (2595 m), Hochvogel (2591 m), Rauhhorn (2241 m), Geisshorn (2246 m), Heiterwand (2638 m), Roter Stein (2366 m), Grünstein (2660 m), Hochplattig (2768 m), Schneeferner (2874 m) oraz nasz cel: Zugspitze (2962 m). Choć pogoda była ładna, to jednak powietrze było przymglone i nie udało się nam wypatrzeć nawet zarysu Alp. Musieliśmy zadowolić się panoramą z... pocztówki.
Na wieczór chcieliśmy dotrzeć do Garmisch-Partenkirchen, znaleźć kemping i rozbić namioty, więc czas był, aby zacząć myśleć o opuszczeniu Ulm. Nie starczyło nam czasu na obejrzenie, ponoć wyjątkowo pięknego, ratusza, któremu przywrócono wygląd z 1540 roku ani na spacer po dzielnicy rybackiej.
Przejechaliśmy przez Dunaj i znaleźliśmy się w Bawarii...
Garmisch-Partenkirchen
Ostatnia część trasy to emocje na autostradzie, gdzie nasz biedny, załadowany do granic możliwości 'punkcik', rozkręcił się do 160 km/h, dzięki czemu niewiele później wreszcie na horyzoncie pokazały się Alpy.
Spoglądając to na zarysy gór, to na 'alpejskie' krowy na pastwiskach wszędzie dookoła mknęliśmy do Garmish jednak nie zdążyliśmy przed zmierzchem. Dosłownie w ostatnich promieniach słońca zdążyliśmy jeszcze zobaczyć łańcuch gór Wetterstein, w którym wznosi sie Zugspitze, wyrastający niemal murem z równego dna doliny u jego stóp. No cóż, razem z Dorotą, świeżo po obejrzeniu 'Dnia świra' mogłyśmy wydusić z siebie tylko jedno zdanie: 'O k..., ja p...' na szczęście za chwilę naszą uwagę od Zugspitze, odwrócił kawałek szosy jak żywcem wyjęty z 'Need For Speed'. Później Zugspitze zamienił się tylko w silne światło masztu na jego wierzchołku, błyszczące gdzieś wysoko nad latarniami ulicznymi.
Przejechawszy przez całe Garmisch-Partenkirchen, około 21 dotarliśmy do miejscowości Grainau i odszukaliśmy nasz kemping. Już po omacku rozstawiliśmy namioty, co zresztą nie było takie proste, po pierwsze dlatego, że w okolicznych namiotach i karawanach wszyscy zdawali się spać już snem sprawiedliwego i wydawało nam się że tłuczemy się niemiłosiernie, a po drugie, ziemia pod nami była tak kamienista, że żadną siłą nie szło wbić w nią szpilek. Jedyne miejsce gdzie udało nam się rozłożyć i przytwierdzić do ziemi naszą 'kopułkę' leżało w lekkim zagłębieniu co miało sie na nas zemścić podczas ulewy następnej nocy...
Jeszcze jeno rozczarowanie, brak zwykłej kuchni turystycznej, utwierdziły nas w przekonaniu, że w Niemczech nie spędza się wakacji pod namiotem, tylko zabiera się cały dom na kółkach... No cóż, my wyjeżdżając na roczne stypendium naprawdę nie mieliśmy już gdzie zapakować gazu turystycznego, cała nasza czwórka musiała więc od teraz żywić się tym co uda się ugotować na gazie Wawrzyka.
Wreszcie wślizgnęliśmy się do śpiworów i zasnęliśmy zastanawiając się jak będzie wyglądać jutrzejsza 'rozgrzewka' na Alpspitze - Dorota i Wawrzyk z ciekawością, ja i Marcin z obawą co z naszą kondycją zrobiły te miesiące ślęczenia przed komputerami...