Po burzowej nocy obudziło nas jasne słońce - poranek jak marzenie. Szybko wyzbieraliśmy wszystko co potrzebne i poszliśmy zjeść śniadanie nad wodą. Jedyną małą komplikacją okazał się być znów brak kuchni turystycznej. Inteligentny inaczej właściciel bufetu na naszą prośbę o 'gorącą wodę na herbatę' (niestety 'wrzątek' wciąż jeszcze nie zagościł w naszym zasobie słów niemieckich), z niechęcią i wielką łaską napełnił nam termos gorącą wodą z kranu... Na szczęście udało nam się zdobyć wrzątek od mieszkańców sąsiadującego z nami 'wohnwagenu' i śniadanie nad wodą dalej poszło gładko. Korciło nas nawet żeby chwilę popływać ale zimny wiatr szybko wywiał nam z głowy ten pomysł. Rzeczywiście, powietrze od wczoraj bardzo sie ochłodziło, a różnica temperatury, w stosunku do wody, sprawiła nawet że mieliśmy możliwość podziwiać ładny miraż nad taflą jeziora.
Pogoda jednak najwyraźniej znów się psuła, wiatr niósł deszczowe chmury, wiec postanowiliśmy szybko się uwinąć, złożyć namiot, który na szczęście trochę zdążył podeschnąć i jechać prędko do naszego głównego celu na dziś: Affenbergu, parku w którym w stanie pół-swobodnym trzymane są marokańskie małpy magoty (ang. Barbary Macaques, niem. Berberaffen).
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze tylko w Unteruhldingen a dokładniej przy bazylice Birnau. Barokowa budowla, wzniesiona i ozdobiona w ciągu czterech lat przez trzech mistrzów rokoko Petera Thumba, Gottfrieda Bernarda Göza i Josefa Antona Feichtmayra spogląda jakby ze wzniesienia na jezioro. Jej wnętrze, dziś tak spokojne w porównaniu z silnymi podmuchami wiatru szalejącymi na zewnątrz naprawdę może się podobać, nawet jeśli ktoś, tak jak my nie przepada za barokiem. Ładna droga krzyżowa i kilka ciekawych przykładów wykorzystania złudzeń optycznych, łącznie z lustrem umieszczonym w kopule przykuwają uwagę.
Affenberg
Nie zatrzymaliśmy się jednak w Birnau zbyt długo, gnani obawą, że w 'pogoda nie wytrzyma' zanim dotrzemy do Affenbergu. I tak się stało. Gdy wysiadaliśmy z samochodu przed 'małpim wzgórzem' już kropiło. Naszą uwagę od deszczu odwróciło jednak coś, czego się tu nie spodziewaliśmy. Dziesiątki bocianów na wszystkich dachach, słupach i większości drzew w pobliżu bram parku. Nigdzie w Polsce nie widzieliśmy tylu tych ptaków jednocześnie. Niedługo mieliśmy się zresztą dowiedzieć co je tu przyciąga...
Póki co kupiliśmy bilety (stosunkowo drogie, ulgowy 6 euro) i weszliśmy na teren parku. Zaraz przy wejściu znajduje się niewielkie jeziorko, w którym zauważyliśmy ogromne karpie (przy wejściu można było kupić karmę dla nich) i kilka gatunków rzadkich ptaków wodnych, w tym samotną czaplę. Tymczasem nad naszymi głowami gromadziło się coraz więcej bocianów... W międzyczasie zdążyliśmy się już zorientować, że za chwilę nadejdzie pora ich karmienia, wkrótce pojawił się też młody człowiek z dwoma wielkimi wiadrami. Po krótkim wstępie, w którym zebranej publiczności opowiedział coś o biologii bocianów (prawdopodobnie :-) ) zaczął wyrzucać z wiadra garściami martwe, żółte kurczątka , które bociany zaczęły pochłaniać jak potwory... No, cóż... Nie wytrzymaliśmy tego pokazu zbyt długo i poszliśmy dalej na spotkanie z małpami, zupełnie niekrwiożerczymi, wręcz przeciwnie, karmionymi zwykłym popcornem... Przy wejściu na ogrodzony teren, na którym trzymane jest stadko małp, każdy zwiedzający może napchać sobie kieszenie popcornem, którym można później karmić małpy (popcorn nie jest dawany w torebkach dla bezpieczeństwa zwierząt).
Jak nietrudno się domyślić, do pomysłu karmienia zwiedzający podchodzą dużo bardziej entuzjastycznie niż same zwierzaki, które po prostu... nie są głodne. Ale i tak spacer przez ich wybieg, może zaowocować kilkoma bliskimi spotkaniami a na pewno daje możliwość zaobserwowania wielu szczegółów wyglądu i zachowania zwierząt. Kilka najśmieszniejszych fotografii, jakie udało nam się tam zrobić zamieszczamy w galerii.
A teraz odpowiedź na pytanie, które może przyszło Wam na myśl: po co ten park istnieje? Trzymane tu zwierzęta pochodzą z gór Atlas w Maroku gdzie żyją na wysokości około 2000 m n.p.m. Okazuje się, że panujący nad Jeziorem Bodeńskim klimat jest bardzo zbliżony do ich naturalnego środowiska, w którym są zagrożone. Projekt ma więc na celu utrzymanie tu stada hodowlanego i stopniowej odbudowy naturalnej populacji w Atlasie. Ogrodzona cześć lasu w której żyje około 280 małp ma 20 ha powierzchni.
Ciekawostką jest, że w roku 1740 żołnierze brytyjscy sprowadzili grupę magotów z Afryki na Skałę Gibraltarską w charakterze zwierzyny łownej. W ten sposób magoty stały się jedynymi naczelnymi, z którymi dzielimy Europę. Przepowiednia z czasów najazdu francusko-hiszpańskiego w latach 1779-83 mówi, że jeżeli małpy opuszcza Skałę Gibraltarską, Wielka Brytania utraci to terytorium. Gdy w 1942 roku populacja magotów zmniejszyła się do zaledwie kilku osobników, sam Winston Churchill nakazał ich ochronę za wszelką cenę.
Oprócz wizyty w małpim gaju i spotkania z bocianimi bestiami, zwiedzający na swej trasie odnajdą tu też stadko saren a na zainteresowanych czeka wystawa wyobrażeń małp w sztuce różnych kultur na przestrzeni wieków - naprawdę ciekawa ekspozycja zawierająca prawdziwe chińskie, afrykańskie czy hinduskie cudeńka...
Pogoda znów zaczęła się trochę poprawiać a nasz dalszy plan na dzisiaj wiódł do Konstanz. Ruszyliśmy więc w drogę, objeżdżając kilka razy Meersburg dookoła (jakoś nie mogliśmy z niego wyjechać na właściwą drogę, może był to znak, że powinniśmy zwiedzić to miasto - uroczy rynek i najstarszy niemiecki zachowany zamek, wzniesiony przez króla Dagoberta, powinny były nas przekonać do krótkiego postoju) i dalej wzdłuż brzegu Überlingersee do malowniczego Ludwigshafen by tam skręcić na 'półwysep' wcinający się pomiędzy dwie odnogi jeziora Bodeńskiego - Überlingersee i Untersee na którego końcu leży rozcięta przez Ren Konstancja. Właściwie zamierzaliśmy zwiedzić samo miasto, ale w końcu zdecydowaliśmy pokazać Dorocie i Wawrzykowi wyspę Mainau...
Mainau
Najpierw przekąsiliśmy jakąś konserwę na plaży uniwersyteckiej, kombinując w międzyczasie, czy nie można by się gdzieś tam rozbić na noc... a później przewędrowaliśmy znaną nam już Platanową Aleją do grobli wiodącej na wyspę...
I tak to wylądowaliśmy na Mainau po raz drugi, choć nie przypuszczaliśmy, że, jeśli to w ogóle nastąpi, to stanie się to w tak krótkim czasie od pierwszej wizyty... Zdjęcia i opis samej wyspy z maja znaleźć możecie tutaj, w galerii zamieszczamy jednak nową serię zdjęć. Niestety późnym latem wyspa nie jest już tak barwna jak w maju, ale ciągle można tu znaleźć niezwykłe kwiaty, a czasem wystarczy tylko bliżej przyjrzeć się tym 'zwykłym', żeby dostrzec ich urodę... Samo zwiedzanie jednak było tym razem o wiele przyjemniejsze, chłód i dość późna pora (weszliśmy na wyspę o godzinie 16 wykorzystując popołudniową zniżkę) przepędziły część turystów. A może pustki zawdzięczamy jakimś 'obchodom międzynarodowego dnia kataryniarza', czy czemuś w tym stylu, co najwyraźniej miało miejsce tego dnia na wyspie, bo z każdej strony rozbrzmiewały dźwięki katarynek z dumą prezentowanych przez ich miłośników w 'strojach z epoki'...
Po zwiedzeniu wyspy zaczęliśmy naprawdę martwić się o nocleg... Spanie na dziko, w dwa namioty i z samochodem w Niemczech i to w dodatku w terenie tak zabudowanym jak okolice Konstancji nie wydawało nam się zbyt dobrym pomysłem. Choć tu powstał rozłam - stare 'pryki' ja i Marcin baliśmy się o samochód i mając w perspektywie starania o przedłużenie wizy, woleliśmy unikać kontaktu z niemiecką policja (w Niemczech spanie na dziko jest raczej surowo karane...), ale 'młodzież' wolała zaszyć się gdzieś pod krzakiem niż szukać kempingu. W końcu los za nas zadecydował. Na jednym kempingu właściciel oświadczył nam, że przyjmuje tylko rodziny... na drugim nie było miejsc... a trzeciego nie znaleźliśmy. W dodatku zabłądziliśmy krążąc tak po Konstancji i koniec końców rozłożyliśmy się na niewielkim parkingu na wzniesieniu za miastem. Racuchy na gazie smażone przy świetle czołówek, nocny widok na jezioro pod nami a potem 'lulu' - dwójka w samochodzie, dwójka w namiocie nieopodal... Nasza ostatnia noc na trasie... Na granicy snu i jawy słyszałam jeszcze w głowie przerażające 'katarynki z Mainau'...