Zamek Lichtenstein, ze względu na swoje
niezwykle malownicze położenie, jest wizytówką całego regionu.
Bajkowa, romantyczna forteca wznosi się na urwistej skale nad
miejscowością Honau około 12 km na południe od Reutlingen. Zamek
powstał w latach 40 XIX wieku na miejscu dawnej, XIII-wiecznej
siedziby rodu von Urach, zniszczonej w 1802 roku. Dzięki swemu położeniu i romantycznej architekturze ze snu o średniowieczu, stał się on dla Wirtembergii symbolem porównywanym ze słynnym bawarskim Neuschwanstein...
Część zdjęć prezentowanych w galerii jest dziełem Doroty (siostry Uli), która zwiedziła zamek latem 2004 roku.
2 listopada 2003
Aby dotrzeć do zamku z Tybingi, trzeba
najpierw pojechać pociągiem do Reutlingen i tam przesiąść się w
autobus, najlepiej nr 400. My w ten sposób dotarliśmy do
przystanku autobusowego Lichtenstein Treifelberg i stamtąd
powędrowaliśmy do zamku leśnymi ścieżkami, mijając po drodze ruiny
starego zamku i punkt widokowy, na którym umieszczono popiersie Wilhelma Haulla (1802-1827) duchowego ojca zamku.
Zwiedzanie rozpoczyna się na moście
zwodzonym prowadzącym na niewielki dziedziniec. Stamtąd wchodzi się
do wnętrza zamku, gdzie zwiedza się 7 pomieszczeń. W pierwszym,
zwanym Waffenhalle, zaprezentowana jest kolekcja dawnej broni, w
której wyróżnia się masywna zbroja, niewielka zbroja
dla dziecka oraz niezwykły rodzaj broni palnej, którą
obsługiwać musiało trzech ludzi i która mogła być używana
tylko trzy razy na godzinę. Sala ta posiada dwa piękne, częściowi
witrażowe okna, z których spojrzeć można na dół, w
dolinę. W rogu sali, w podłodze widoczny jest wierzchołek skały, na
której zbudowano zamek. Po lewej stronie sali, znajduje się
przejście do zamkowej kaplicy, w której znajduje się m.in.
obraz nieznanego malarza, zwanego mistrzem z Lichtenstein pochodzący
z XV wieku.
Po drugiej stronie Waffenhalle znajduje
się Pokój Myśliwski. Zwracają w nim uwagę trzy obiekty,
ambona, z której goście zamku, opowiadali historie łowieckie,
zegar, wykonany w całości z drewna oraz olbrzymi kielich, urodzinowy
podarunek jaki otrzymał jeden z książąt rodu von Urach od żony.
Kielich ma dokładnie 1,97 m wysokości - tyle ile wzrostu miał książę.
Ponoć aby napić sie z tego kielich potrzeba aż trzech ludzi: jeden
trzyma kielich, drugi pije, a trzeci musi trzymać pijącego, aby ten
nie upadł.
Następnie wchodzi się na piętro zamku, gdzie kolejno zwiedza się między innymi
pokój królewski, w którym znajduje sie portret
grafa Eberharda, założyciela uniwersytetu w Tybindze. W pokoju tym
zwraca ponadto uwagę dziura po pocisku w lustrze - ślad II wojny
światowej. Szczerze - jakoś nie poruszył nas przedstawiony przez przewodniczkę opis tego tragicznego i barbarzyńskiego aktu jakiego dopuścili się alianci... Po przejściu przez dwa mniejsze pokoje wchodzi się do
ostatniej sali na trasie zwiedzania, bogato zdobionej i wyposażonej
Sali Rycerskiej. Wychodząc sali i skręcając na schody warto zwrócić
uwagę na tzw. 'Łucznika z Lichtenstein' - obraz
przedstawiający łucznika wykorzystuje złudzenie optyczne sprawiające,
że oglądającemu obraz zawsze wydaje się, że łucznik celuje prosto w
niego, bez względu na to skąd patrzy się na malowidło.
Po zwiedzeniu zamku warto podejść na
znajdujący się tuż obok punkt widokowy, z którego zamek
prezentuje się najlepiej.
Napatrzywszy się do syta na tą 'zaklętą
w kamień romantyczną fantazję' zeszliśmy leśną ścieżką, do
leżącego u stóp skały Honau by zwiedzić tam mało znaną
jaskinię Olgahöhle. Chcieliśmy w ten sposób
zrekompensować sobie fakt, że znacznie bardziej znana i ładniejsza
jaskinia Nebelhöhle, którą zamierzaliśmy zwiedzić tego
dnia, okazała się byc zbyt daleko.
A Olgahöhle... no cóż,
trochę nas rozczarowała, właściwie jest to dziura w ziemi pozbawiona
ciekawszych nacieków, z wyjątkiem wyjątkowo licznych 'kalafiorów' ale za to wejście do niej, prowadzące
przez czyjś garaż, rozbawiło nas do końca dnia... Później
dowiedzieliśmy się od jednego ze znajomych z kliniki, że na Jurze
jest jeszcze jedna niezwykła jaskinia, do której wchodzi się
przez... restaurację...
Po zwiedzeniu jaskini, które
zajmuje około 30 min i kosztuje 0,80 euro, wróciliśmy
autobusem 400 do Reutlingen, a dalej pociągiem do Tybingi.