Po powrocie z Czech wybraliśmy się na Stolarską do konsulatu niemieckiego
złożyć podania o przyznanie wiz na wyjazd stypendialny. Mieliśmy nadzieję
załatwić to jak najszybciej, gdyż na 16.08 zaplanowany mieliśmy wyjazd do
Rumunii z grupą przyjaciół poznanych rok wcześniej w Beskidzie Niskim, lecz...
pocałowaliśmy klamkę. Konsulat nieczynny do 25.08. Plan legł więc w gruzach,
bo straszono nas że procedura wyrabiania wiz trwa do 8 tygodni wiec obawialiśmy
się, że zbyt późny powrót z Rumunii przekreśli nasze szanse na zdążenie przed
1 października. Zamiast przygody w rumuńskich górach musieliśmy więc zaplanować
sobie krótką wędrówkę w Polsce, w sam raz by wrócić na 25.08. Wybór padł na
Jurę Krakowsko-Częstochowską, wstyd się przyznać, ale po sześciu latach mieszkania
w Krakowie będącą wciąż dla nas 'terra
incognita'...
Wędrówkę postanowiliśmy rozpocząć w sercu Jury - w Ogrodzieńcu i przy okazji
zobaczyć reklamowany w całej Polsce pokaz pirotechniki i laserów. Wielka impreza
zatytułowana Zamek Mocnych Wrażeń rozpoczynała się na polu pod zamkiem już
o godzinie 13.00 ale my postanowiliśmy dotrzeć tam dopiero na wieczór i w
ten sposób autobusem PKS około czwartej po południu dojechaliśmy do Podzamcza,
skąd szosą należy jeszcze przejść około 2 km aby znaleźć się pod zamkiem.
Kursują tamtędy oczywiście autobusy PKS a nawet linia komunikacji miejskiej
z Zawiercia tego dnia jednak w okolicy panował chaos, szosą mknęły wozy strażackie
i sunął sznur samochodów, postanowiliśmy więc pójść pieszo, choć patrząc na
to wszystko co dzieje się wokół czuliśmy się nieco nieswojo... A najbardziej
komiczny w tym wszystkim był widok całych rodzin, które zamieniły swoje łąki
i pola wzdłuż szosy na zaimprowizowane parkingi i stały na drodze w komplecie
przeróżnymi gestami i ruchami zapraszając, a raczej naganiając, przejeżdżające
samochody...
W końcu jednak dotarliśmy do Podzamcza i w tłumie ludzi, bez przekonania
podeszliśmy pod ruiny zamku, który, tak jak się spodziewaliśmy, tego dnia
nie był on udostępniony do zwiedzania. Zeszliśmy więc do miejscowości i bez
trudu znaleźliśmy miejsce na rozbicie namiotu w jednym z ogrodów także zamienionych
na parking (gospodyni zaproponowała cenę 7 zł za nas dwoje ale z braku drobnych
daliśmy jej 10 zyskując w ten sposób dostęp do toalety i wrzątku) a następnie
kupiliśmy bilet na imprezę i wróciliśmy pod zamek, by przesiedzieć tam do
wieczora, a właściwie do nocy gdyż, żaden z zespołów występujących na koncercie
nie wzbudzał naszego wielkiego entuzjazmu.
Wreszcie doczekaliśmy się pokazu i musimy przyznać, że pokaz sztucznych ogni
był ładny, głównie ze względu na ilość wystrzelonych fajerwerków, ale pokaz
laserów był do niczego. Ogólnie impreza raczej nas rozczarowała i z wielką
ulgą, przekimawszy pod namiotem parę godzin, opuściliśmy Ogrodzieniec zapuszczając
się w las...
Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się pod górą Suchy Połeć, z której
roztacza się ładny widok na zamek i warto tu chyba przytoczyć parę faktów
z jego historii...
Pierwsze, drewniane grodzisko, jak wykazały badania archeologiczne,
stało tu już na przełomie XII i XIII wieku. Jak wynika z przekazów pisemnych,
należało wówczas do rodu Włodków herbu Sulima i zwane było "Wilczą Szczęką".
W 1241 roku zostało ono spalone przez Tatarów, ale wkrótce odbudowane i wykonane
z kamienia stanowiło siedzibę tego rycerskiego rodu aż do roku 1470. Po zawirowaniach
historycznych i zmianach właścicieli ponad pięćdziesiąt lat później, bo w
roku 1523, zamek stał się własnością Jana Bonara, zwanego też Bonerem, a następnie
odziedziczony został przez jego bratanka Seweryna, który rozbudował go i przekształcił
we wspaniałą rezydencję renesansową mogącą ponoć konkurować z Wawelem, tym
bardziej, że Seweryn Boner nadzorował przebudowę Wawelu. O dawnej świetności
zamku świadczą obecnie tylko znaleziska archeologiczne - nadproża okienne,
tralki zdobiące balustrady schodów i balkonów oraz potłuczone fragmenty kafli
z pieców.
Kolejnym władcą Ogrodzieńca został w 1562 roku Jan Firlej mąż córki Seweryna
Bonera, Zofii, który wzniósł salę marmurową, której wystrój był dziełem Jana
Tricjusza, zaopatrzył zamek w nowe dachy i zmienił wystrój komnat na barokowy.
W 1655 roku zamek został zdobyty i poważnie uszkodzony przez Szwedów, jadnak
jeszcze w tym samym roku odbiły go wojska Stanisława Warszyckiego, który 14
lat później odkupił go od Firlejów i naprawił uszkodzenia a następnie dobudował
zaplecze gospodarcze - stajnie, wozownie, browar i gorzelnię. Pod koniec XVII
wieku zamek przeszedł na własność kolejnego rodu - Męcińskich, ale w 1702
roku ponownie uszkodził go pożar wzniecony wojska szwedzkie. Od tego czasu
zamek zaczął popadać w ruinę trafiając na koniec w ręce chłopskiej rodziny
Kozłowskich. Przed całkowitą zagładą uratował go Aleksander Janowski, który
doprowadził do wykupienia go z rąk prywatnych w 1905 roku a rok później, to
już jako ciekawostka, założył Polskie Towarzystwo Krajoznawcze.
Patrząc na zamczysko żałowaliśmy, że nie udało nam się go zwiedzić, ale na
pewno jeszcze kiedyś tu wrócimy...
Warto jeszcze dodać, że wzniesienie, na którym stoi zamek Ogrodzieniec, zwane
Górą Janowskiego, liczy 504 m a wierzchołek najwyższej wznoszącej się na nim
skały sięga 515,5 m co pozwala mu konkurować, z ostańcem Skałka koło Jerzmanowic
mierzącym 512,8 m. Zdania co do tego, które z tych dwóch wzniesień uznać za
najwyższe na Jurze są podzielone.
Na razie czekała nas dalsza droga, czerwono znakowanym Szlakiem Orlich Gniazd
powędrowaliśmy na północ odbijając od niego tylko na chwilę na górę Birów
(460 m). Niedawno archeolodzy odkryli, że na jej szczycie znajdowało się grodzisko
starsze od pierwszych założeń Ogrodzienica a u jej podnóża do dziś widoczne
są ślady cmentarzyska kurhanowego. Jak głoszą plakaty w Ogrodzieńcu, istnieje
projekt rekonstrukcji grodziska, a decyzja o jego realizacji zapadła w 1999
roku, jednak na górze jak dotąd ani śladu odbudowy... Ciekawsze od samego
wierzchołka, z którego roztacza się szeroki widok, ale zamek ogrodzieniecki
jest już za daleko a pozostałą część panoramy zajmuje przede wszystkim las,
są jaskinie i okna skalne u jej podnóża.
Po zejściu z Góry Birów leśną drogą powędrowaliśmy do Karlina i po przejściu
przez całą wioskę znów weszliśmy na krótko w las - szlak przeprowadza tu przez
łagodne wzniesienie zwane Dworskim Lasem, aby później polami sprowadzić do
Żerkowic. Tam zatrzymaliśmy się na małe jasne mając w perspektywie dwa kilometry
szosą w kierunku Okiennika.
W efekcie na Okienniku Wielkim znaleźliśmy się dokładnie o 12.00
i spędziliśmy na tym wyjątkowym ostańcu dłuższą chwilę...
Nazwę swą skała zawdzięcza przelotowemu otworowi o wymiarach
szerokości 5 metrów przewiercającego siedmiometrowej grubości skałę na wylot.
Poniżej znajduje się Jaskinia Okiennik, w której odkryto ślady bytowania łowców
neandertalskich datowane na 55 tys. lat.
Charakterystyczna i widoczna z daleka skała obrosłą w legendy - ponoć znajdowała
się tu średniowieczna twierdza, w XIX wieku znaleziono tu sztabkę złota mającą
jakoby potwierdzać to podanie. Inna legenda mówi, że pod Okiennikim mieszkała
gromada zbójców, do których pewnej nocy zawitał pielgrzym prosząc o nocleg.
Złoczyńcy zamordowali go licząc na łatwy łup, lecz w tym samym momencie rozpętała
się straszliwa burza, która zniszczyła ich osadę, grzebiąc pod jej ruinami
wszystkich zbójców. Pewny jest natomiast przekaz o honorowym zbójniku Malarskim,
który mieszkał pod Okiennikiem w XIX wieku i, jak tatrzański Janosik, grabił
bogatych i rozdawał biednym.
Spod Okiennika czerwony szlak prowadzi na zmianę to łąkami to lasem mijając
pojedyncze ostańce i olbrzymi mur w środku lasu, aby doprowadzić w końcu do
ośrodka wypoczynkowego w Morsku. Już z pewnej odległości słychać w
lesie śmiech ludzi chlapiących się w tutejszym basenie i wypoczywających na
zalesionym, pochyłym zboczu leśnym. My obeszliśmy ośrodek i dotarliśmy do
górnej stacji znajdującego się tu wyciągu narciarskiego, przy której wznoszą
się ruiny średniowiecznego zamku "Bąkowiec", także leżące na terenie
ośrodka.
Zamek powstał prawdopodobnie w XIV wieku. Pierwszy dotyczący
go przekaz mówi, że w 1327 roku Władysław Łokietek podarował go zakonnikom
z Mstowa. Zamek wielokrotnie zmieniał właścicieli, panowali tu m.in. Włodkowie,
znani nam już z historii Ogrodzieńca, którzy przekształcili go w twierdzę
murowaną. W XVII wieku została ona jednak poważnie uszkodzona i opuszczona,
od tej pory popadając w ruinę. Dopiero w 1927 roku, wraz z całym wzgórzem
zamek trafił w ręce architekta Witolda Czeczota, który w stare mury wkomponował
dom mieszkalny.Z tajemniczymi ruinami wiążą się liczne legendy. Jedna z nich
podaje, że zamek został zbudowany przez braci Morskich parających się zbójnictwem.
Ponoć porwali oni pewnego razu ukochana jakiegoś rycerza (inna wersja mówi,
że była to żona sołtysa), który chcąc ją odbić za siedzibę wybrał skałę Okiennik
i stamtąd nękał zamek podjazdami (w wersji z sołtysem było to istne pospolite
ruszenie z okolicznych wsi) aż wreszcie przypuścił atak na zamczysko i zdobył
je, choć sam zginął w walce.
Inna legenda mówi, że zarówno Morsko jak i Okiennik były siedzibami rycerzy-rozbójników
i dopiero królewskie wojska zdobyły oba zamki i przywróciły spokój okolicy.
Najbardziej przejmująca jest chyba legenda o chciwym władcy Morska, który
swą własną córkę wtrącił do lochu, za to, że pokochała ubogiego młodzieńca.
Dziewczyna zmarła w lochu z głodu i tęsknoty a jej ukochany, z grupą wiernych
przyjaciół osiadł oczywiście w Okienniku i zaczął nękać zamek nie dopuszczając
do niego żadnych przybyszów ani transportów żywności i wody. Kiedy załoga
zamku, nie widząc innych szans stanęła wreszcie do walki z oblegającymi, rozpętała
się oczywiście burza i zniszczyła zamek grzebiąc w ruinach obrońców i złego
władcę, którego duch ponoć do dziś ukazuje się na murach.
Pomimo istnienia tak intrygujących legend zwiedzanie zamku ogranicza się
na razie do obejrzenia go z zewnątrz - jak na razie nie jest on udostępniony
a obecny właściciel terenu, firma "KEM", planuje ponoć w ruinach
apartamentu ulokować hotel oferujący apartamenty.
Wyruszyliśmy więc dalej a czerwony szlak sprowadził nas stromo w dół, wzdłuż
stoku narciarskiego a następnie na wzniesienie leżących po przeciwnej stronie
doliny gór Apteka i Sowia. Gęstym lasem, w którym gdzieniegdzie
widoczne były skałki ostańcowe dotarliśmy na przełęcz pod Górą Zborów,
na której znajduje się tablica upamiętniająca udaną zasadzkę na niemiecką
kolumnę samochodową przeprowadzoną 1 sierpnia 1944 roku przez partyzantów
z oddziałów "Wiary" i "Mietka". Ukształtowanie terenu
o duże obszary leśne sprzyjały partyzantce w tych rejonach i Niemcy, często
atakowani tu przez partyzantów Górę Zborów nazywali "diabelską"...
Z przełęczy po kilku minutach osiągnęliśmy szczyt góry, dość rozległy, płaski
i usiany przepięknymi ostańcami a widoki z ich wierzchołków są wspaniale -
ponoć najpiękniejsze na całej Jurze.
Nazwa góry pochodzi od nazwiska Zborowski a pokrywające wierzchołek skały
noszą nazwy Młynarz, Napoleon, Wielbłąd, Ptak, Czarownica i inne - przyglądając
się im uważnie łatwo zrozumieć skąd się wzięły.
W 1957 roku góra objęta została rezerwatem o powierzchni 45 ha, ale jak zauważyliśmy,
nie przeszkadza to nikomu w uprawianiu tu wspinaczki skałkowej.
Nasz pierwotny plan zakładał zejście stąd do widocznych w dole Podlesic i
nocleg na polu namiotowym przy Gościńcu Jurajskim ale przepiękne po południe
i ciepły wieczór skłoniły nas do pozostania na wierzchołku i noclegu pod gołym
niebem. Nawet nie rozkładaliśmy namiotu i leżąc w śpiworach w trawie oglądaliśmy
'spadające gwiazdy' - ostatnie meteoryty z roju Perseid (maksimum
roju obserwuje się 12 sierpnia każdego roku - można wówczas zaobserwować średnie
60 meteorytów na godzinę, radiant roju znajduje się w gwiazdozbiorze Perseusza
- stąd ich nazwa, a związane są one z kometą Swift-Tuttle). W efekcie
rano przespaliśmy wschód słońca, ale na nasze usprawiedliwnienie - z miejsca,
w którym spaliśmy widoczny był on za drzewem...