Co roku wiosną z utęsknieniem czekamy na nadejście majowego długiego weekendu
- pierwszej okazji do urządzenia kilkudniowej górskiej wędrówki. Tym razem
jednak obowiązki związane ze studiami doktoranckimi nadwerężyły nawet tych
kilka wolnych dni. 2 maja o godzinie 13 musieliśmy być na wydziale -jak więc
wykorzystać resztę wolnego? Niechcący wyszła nam z tego wyprawa trzy-w-jednym...
Zaczęło się 1 maja od wycieczki w Podkrakowskie Dolinki: Zimny Dół - Wąwóz Półrzeczki - Dolina Mnikowska, o której poczytać możecie na osobnej stronie.
2 maja jednak - zaraz po załatwieniu obowiązków na uczelni ruszyliśmy na szlak.
Autobusem prywatnej linii dotarliśmy w okolice Naprawy a stamtąd niebieskim
szlakiem powędrowaliśmy na Luboń (1022 m). Łagodne podejście, wiodące lasem
i niestety prawie pozbawione widoków - panorama rozpościera się tylko z Polany
Surówki (zwanej też Krzysie) - pokonaliśmy bez pośpiechu w około 2 godziny.
Panorama z Surówek przy dobrej widoczności potrafi jednak wynagrodzić trud
dwugodzinnej wędrówki lasem - widać stąd Gorce, Pasmo Podhalańskie i Pasmo
Babiogórskie oraz grzebień Tatr. Tego dnia jednak widoczność była bardzo ograniczona
a w dodatku zaczynało kropić, więc nie zatrzymywaliśmy się na polanie na dłużej.
Tuż powyżej polany Surówki na skraju lasu zwraca uwagę kopczyk i krzyż zrobiony
- co widać już na pierwszy rzut oka - z kawałków czegoś, co dawniej latało...
W istocie są to fragmenty śmigła czechosłowackiego helikoptera, który rozbił
się tu 26 sierpnia 1985 roku z dwom pilotami na pokładzie, lecąc na przegląd
do Świdnika.
W dalszym ciągu łagodną leśną drogą powędrowaliśmy w kierunku szczytu Lubonia
- tylko ostatni odcinek szlaku prowadził nieco bardziej stromym podejściem.
W schronisku czekała nas wiadomość, że zostało tylko jedno miejsce noclegowe,
ale byliśmy na to przygotowani - mieliśmy ze sobą namiot, który rozbiliśmy
w bukowym lesie nieco poniżej schroniska i stacji przekaźnikowej. Budynek
stacji przekaźnikowej powstał w 1961 roku i został wybudowany, aby umożliwić
transmisję sprawozdań z Narciarskich Mistrzostw Świata FIS w roku 1962 z Zakopanego.
Budynek ukryty jest w lesie i przyznać trzeba, że jakoś nie odczuwa się by
psuł urok tego miejsca a maszt widoczny z daleka sprawia, że zawsze jadąc
"zakopianką" zwraca się na Luboń uwagę. Maszt płata też figle -
w zależności od kąta pod jakim patrzy się na schronisko wyrasta z jego dachu
lub jest całkowicie za nim schowany - spójrzcie na zdjęcia.
Sam budynek schroniska powstał znacznie wcześniej - w latach 1929-31 dzięki
zaangażowaniu działaczy PTT z Rabki - głównie Jerzego Czoponowskiego, ks.
Jana Bulandy, ks. Jana Surowiaka (ofiarował grunt) oraz Stanisława Dunin-Borkowskiego,
którego imię nosi do dziś schronisko i piękny szlak biegnący przez skalny
rezerwat poniżej wierzchołka. W budowie schroniska swój wielki udział mieli
okolicznie górale a finansowo wspierali ją właściciele pensjonatów z Rabki.
Przemówienie podczas uroczystości otwarcia schroniska dla ruchu turystycznego
wygłosił Mieczysław Orłowicz a przed wybuchem II wojny światowej schroniskiem
najdłużej kierował jego ojciec chrzestny Stanisław Borkowski.
Podczas wojny okoliczne lasy, zwłaszcza osiedle Krzysie, stały się kryjówką
partyzantów, co niemalże skończyło się zniszczeniem schroniska przez hitlerowska
ekspedycję karną, eliminującą obiekty mogące stać się bazą dla oddziałów partyznackich.
Schronisko na Luboniu do dziś pozostaje jedynym na obszarze Beskidu Wyspowiego
- oferuje 25 miejsc noclegowych: 10 w budynku głównym, w pokoju na piętrze
z oknami wychodzącymi na cztery strony świata i 15 w niedawno dobudowanym
letnim domku noclegowym.
Jak już wspomnieliśmy dla nas tego dnia miejsc noclegowych nie wystarczyło
- no cóż, takie są prawa długiego weekendu... - ale posłanie z bukowych liści
okazało się być wygodniejsze niż jakakolwiek schroniskowa prycza. Późne popołudnie
spędziliśmy podziwiając z wierzchołka panoramę. Dawniej widok obejmował zarówno
otoczenie szczytu od strony południowej jak i północnej, ale południowe stoki
Lubonia porasta teraz wysoki las przesłaniający widok.
Pomiędzy drzewami wpatrzeć
można tylko sylwetkę Babiej Góry na południowym zachodzie natomiast widok
na północ i północny wschód pozwala poznać znaczną cześć Beskidu Wyspowego
od Szczebla i dzielącej go od Lubonia Przełęczy Glisne aż po Łopień. Siedząc
na wierzchołku doczekaliśmy zachodu słońca. Po zapadnięciu zmroku zapalać
zaczęły się światła leżących u naszych stóp miejscowości Krzeczowa i Tęczyna
oraz nieco dalej Mszany Dolnej. Na 'zakopiance' dało się dostrzec
jadące w obie strony samochody a dokładnie na północy łunę świateł znad Krakowa.
Spokojny wieczór tylko czerwonym zachodem słońca wróżył to, co miało nastąpić
w nocy. Około północy zerwał się silny wiatr i przez najbliższe trzy godziny
leżeliśmy pod szumiącymi, targanymi wiatrem stuletnimi bukami nasłuchując
trzasków spadających gałęzi. Na szczęście nad ranem wiatr się uspokoił i po
dziarskiej pobudce około 7 rano zaczęliśmy schodzić z Lubonia żółtym szlakiem
zwanym Percią Borkowskiego.
Prowadzi on przez rezerwat przyrody 'Luboń
Wielki' o powierzchni 11,8 ha położony na wysokości 750 - 980 chroniący
osuwisko fliszowe: jęzor osuwiskowy z gołoborzem, obszar skał oderwanych,
teren niszy osuwiskowej oraz ściany osuwiskowej. Szlak ten zaskoczyć może
każdego, kto po Beskidach spodziewa się zwykłych leśnych ścieżek. Wędrówka
nim, zwłaszcza z dużym plecakiem, stanowi namiastkę prawdziwej wysokogórskiej
wspinaczki, a w Beskidach przewyższa ją chyba tylko Akademicka Perć na Babiej
Górze.
Żółty szlak najpierw bardzo gwałtowanie obniża się wzdłuż krawędzi
osuwiska, następnie wije się pomiędzy oderwanymi z blokami skalanymi pokrywającymi
niszę osuwiskową a następnie prowadzi przez piękne, i stanowiące ewenement
w Beskidach, gołoborze, na koniec biegnąc u podnóża drugiego gołoborza. Naprawdę
piękne i wyjątkowe 40 minut wędrówki...
Poniżej rezerwatu zbocza Lubonia nagle łagodnieją i wygodna ścieżka przechodząc
w drogę polną sprowadza do Rabki Zaryte. Tu posililiśmy się Harnasiem i podjęliśmy
decyzję by kontynuować trasę żółtym szlakiem. Początkowo zamierzaliśmy cofnąć
się szlakiem niebieskim do Rabki Zdrój by stamtąd rozpocząć 'klasyczne'
podejście na Turbacz przez Maciejową i Stare Wierchy, ale ostatecznie zwyciężyła
w nas chęć poznania nowego szlaku choc wiedzieliśmy z mapy, że w znacznym stopniu
biegnie on drogą asfaltową przez Olszówkę i Jasionów.