strona istnieje od: 2001-02-08
ostatnia aktualizacja: 2007-03-12
liczba zdjęć: 4376
liczba relacji: 56

Ukraińska jesień - wrzesień 2002

Strona glówna    
||| miejsce w konursie Podium Republika
[ Ukraina 2002: » --1-- «» --2-- «  » --3-- «  » --4-- «  » --5-- «  ]


Przygotowania...

Nasza historia zaczyna w Beskidzie Niskim, gdzie na jednym z noclegów poznaliśmy nowych znajomych z Warszawy Sergiusza i Iwonę. Spędziliśmy w ich towarzystwie miły wieczór snując opowieści o naszych wyprawach i o najbliższych planach. Okazało się, że wybierają się na Ukrainę pod koniec września (28.IX - 6.X). Ponieważ już od dawna planowaliśmy tam pojechać, więc niewiele się namyślając zapytaliśmy ich czy nie moglibyśmy się z nimi zabrać. I tu zaczyna się historia wypadu na Ukrainę w Bieszczady Wschodnie.
Zaczęły się przygotowania i pierwsze przeszkody. Tuż przed wyjazdem Ula dostała ofertę pracy, której nie można było odłożyć na później. Musiała zrobić badania lekarskie i pozałatwiać formalności. Z dnia na dzień nikła szansa byśmy mogli pojechać razem na Ukrainę 9. Naszą wspólna decyzja było, że za wszelką cenę trzeba skorzystać z okazji i na wyjazd miałem pojechać sam. Ula postanowiła zadowolić się zdjęciami. Co prawda mój zapał stygł z dnia na dzień, tak jak stawało się coraz chłodniej. W Zakopanem było ok. 4 stopnie C w ciągu dnia i nie było podstaw by sądzić, że na Ukrainie będzie cieplej. Nigdy wcześniej nie miałem okazji spać przy takich temperaturach namiocie, wiec do plecaka wrzucałem coraz cieplejsze rzeczy. Na wyprawę miało się wybrać około osiem osób. Ekwipunek był podzielony na całą grupę. Ja ze wspólnych rzeczy miałem zabrać gaz oraz namiot. Inni mieli wziąć garnki do gotowania oraz siekierkę. Poza tym każdy miał być zaopatrzony w czołówkę (względnie latarkę), świeczkę na rozpałkę, małą apteczkę (plastry, lekarstwa na przeziębienie), ciepły śpiwór, menażkę oraz ok. 400 g/dzień różnych rzeczy do przegryzienia. Poza tym ok. 50 USD w niskich nominałach oraz ok. 200 złotych. To powinno wystarczyć na około tydzień tułaczki. Na każdy dzień podróży mieliśmy przygotowane racje żywnościowe, które były przyrządzane rano i wieczorem.

28.IX... dojazd...

O godzinie 7:00 Z Warszawy Centralnej ruszył pociąg do Przemyśla w którym jechali uczestnicy wycieczki. Ja w tym czasie dopiero wstawałem, aby o godzinie 9:00 dosiąść się do grupy. Poranek tego dnia był pochmurny i zimny, więc nie zdziwiłem się zbytnio, gdy zobaczyłem w przedziale tylko dwie osoby Sergiusza i Waldka. Po krótkim powitaniu przeszliśmy do ustalania szczegółów wyprawy. Planowaliśmy dzisiejszego dnia dojechać do Stryja na Ukrainie i tam zanocować, a następnego dnia dostać się do wioski Bubniszcze, z stamtąd dojść do granicy między tamtejszymi województwami (oblasti) i iść nią w kierunku najwyższego szczytu Magury (1362). Dalej mieliśmy zdecydować, co robić w zależności od pogody i czasu, jakim dysponowaliśmy, a więc maksymalnie do 10.X.
W Przemyślu wypatrzyli nas Ukraińcy, którzy przewozili Polaków prywatnymi samochodami do Lwowa, a i do Stryja nie robiło im różnicy, żądając po 40 złoty od osoby. Do Stryja było ok. 140 km, więc wydała nam się to rozsądna cena, tym bardziej, że nie chcieliśmy marnować czasu na nocleg w Przemyślu. O godzinie 14:30 siedzieliśmy już w taksówce jadąc do Stryja. Podczas podróży pochmurna aura wpłynęła na nasze nastroje, więc panowała ciężka atmosfera. Mimo to z ciekawością zerkaliśmy, przez mokre szyby samochodu, na szybko zmieniający się krajobraz. Kierowca jechał bardzo szybko i zastanawiałem się jak można jeździć z taką prędkością po szosie przypominającej ser szwajcarski. Ponadto istniało duże prawdopodobieństwo natknięcia się na stado maszerujących po ulicy krów lub gęsi, które parkowały na jej środku nie przejmując się samochodami. W czasie podróży mijaliśmy mnóstwo nowopowstających murowanych cerkwi. Ogólnie krajobraz było ponury ubarwiony jedynie kolorowymi drzewami, przypominającymi, że zbliża się już jesień.
Do Stryja dotarliśmy o godzinie 18:00. Tutaj przestawiliśmy zegarki o godzinę do przodu - na miejscowy czas - tak wiec dzień nam się skrócił. Nocleg zaplanowany był na dworcu kolejowym, gdzie znajdują się tzw. komnaty wypoczynku, które są na większości większych dworców na Ukrainie. Noclegownia otwierana była o godzinie 20:00, wiec mieliśmy chwilkę czasu, żeby się rozejrzeć. Dworzec był schludny i czysty w przeciwieństwie do miasta, które nie zachęcało do zwiedzania. Jak nas potem poinformowała pani pilnująca pokoi, że lepiej nie wybierać się na spacery po zmierzchu, gdyż zdążają się wypadki. Czego zresztą nie trudno się było domyśleć, miasto po zmroku było zupełnie ciemne, ponieważ nie było oświetlenia na ulicach, wiec pod osłona nocy dotarliśmy tylko do najbliższego baru, gdzie zmówiliśmy potrawy polecone przez Sergiusza. Mnie trafiło się coś w rodzaju kapuśniaka z ziemniakami, fasolą o gotowaną wołowiną. Całość była mocno przyprawiona. Po niewielkim posiłku wróciliśmy do pokoju, gdzie domeldowano dwóch Ukraińców, którzy, natychmiast jak nas zobaczyli, zaczęli nas częstować wódką. Niestety trafili na Polaków, którzy nie chcieli pić, co wydawało się im bardzo podejrzane. Przez prawie godzinę odpieraliśmy ataki a zwłaszcza Sergiusz, który jako jedyny umiał się z nimi dogadać. Patrząc się na nas jak na dziwaków wypili po szklaneczce położyli się spać. Na tym nie skończyły się atrakcje. O godzinie drugiej w nocy obudziły nas niepokojące hałasy i ktoś po ciemku trafił na ostatnie wolne miejsce w pokoju. To samo powtórzyło się o piątej nad ranem. Woleliśmy nie wiedzieć, co się działo w nocy. A śladem, że coś się wydarzyło było zakrwawione łóżko w noclegowni.

29.IX. ...ruszamy w góry...

Rano niebo było zachmurzone i w każdej chwili mógł zacząć padać deszcz. Nie było to zbyt pocieszające, ale zaryzykowaliśmy wyjście w góry. Przed dworcem szybko znalazła się taksówka. Kierowca poinformował nas, że w tych okolicach można dojechać wszędzie płacąc 1 hr/ 1 km. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to wygórowana cena, ale nie znaleźliśmy tańszej taksówki. Za kurs ze Stryja do Bobczyc zapłaciliśmy 50 hr, co także było nieco naciągnięte, ponieważ nie było tam 50 km. Ale cóż, na Ukrainie trzeba się liczyć z tym, że na każdym kroku naciąga się Polaków, ale na szczęście w rozsądnych granicach.
Około godziny 10:30 dojechaliśmy do szlabanu wyznaczającego granicę rezerwatu "Skeli Dobrzyszcza". Dalej szliśmy szeroką drogą w niewielkim deszczu. Po półgodzinnym marszu dotarliśmy do baru, gdzie zatrzymaliśmy się na gorącej herbacie, co wprawiło nas w dobry nastrój i nawet padający deszcz nie był już zbyt przygnębiający. Tym bardziej, że rezerwat był już kilkaset metrów dalej. Główne zgrupowanie skał znajdowało się opodal sporej polanki, na której znajdowała się niewielka kapliczka. Same skały były wkomponowane w las liściasty, który mimo pochmurnej pogody wyglądał bardzo malowniczo tworząc niewielki placyk, na którym kwitł "interes turystyczny". Można było tutaj kupić przeróżne pamiątki lub przejechać się konno. Ja uwielbiam konie, więc zaryzykowałem przejażdżkę, co miało mnie kosztować dolara, ale po skończonej jeździe okazało się, ku mojemu zdziwieniu, że mam do zapłacenia dwa dolary, ponieważ jeździłem za długo i kłusowałem. Wiec radzę, zanim się wsiądzie na konia na Ukrainie, należy się upewnić, co jest wliczone w cenę. W każdym razie galop kosztowałby już 15 dolarów.
Po tych atrakcjach zaczęła się eksploracja skał. Od strony placyku, na którym zorganizowany był padok znajdowały się dwa wejście do komnat wykutych w litej skale oraz zadaszenie, w którym sprzedawano pamiątki. Można sądzić, że skały te były zagospodarowane już od bardzo dawna. Inną atrakcją była głowa lwa, którą można było wpatrzeć na jednaj ze ścian skalnych. Zataczając większe koło wokół skał znaleźliśmy wejście do wąwozu skalnego, przez który nie sposób było się przecisnąć z plecakiem, więc doszliśmy gdzie mogliśmy i zawróciliśmy by spojrzeć na rezerwat ze szczytu skał, gdzie prowadziły śliskie schodki wykute w litej skale. Na szczycie okazało się, że rezerwat skalny jest znacznie większy. Staraliśmy się wpatrzeć jak najwięcej, ale mgła była nieubłagana i tajemniczo ukryła większości atrakcji. Niestety nie mieliśmy czasu na dalsze zwiedzanie, tym bardziej, że nie było wiadomo czy można i którędy można zwiedzać rezerwat, a poza tym nie wiadomo było, co będzie z tą kapryśną pogodą.
Pełni wrażeń zaczęliśmy szukać ścieżki prowadzącej na południe. Z początku szliśmy leśną drogą, dość wygodną, która za jakiś czas odbiła na południowy zachód prowadząc w dół. Natomiast my trzymaliśmy kierunek południowy idąc wąską ścieżką przez las. Nabierając powoli wysokości dotarliśmy na zarośnięty szczyt Sokołowej (681 m). Skąd zeszliśmy na odsłoniętą przełęcz (547 m), na której stali dwaj pasterze. Sergiusz znając ukraiński dopytał się o dalszą drogę upewniając się, że idziemy w dobrym kierunku. Łącznie ze zwiedzaniem rezerwatu szliśmy około 3,5 godziny. Cały czas idąc wśród kolorowych buków, zastanawiając się czy niesprzyjająca aura nie przeszkodzi nam w dalszej wędrówce. Trzymając kierunek południowy odnaleźliśmy leśną drogę, którą szliśmy do końca dnia. Co jakiś czas mijaliśmy niewielkie polanki, które wyglądały jakby co tydzień ktoś je kosił i faktyczne po drodze spotkaliśmy czworonożne kosiarki-mleczarki, które pracowicie skubały trawę na w środku lasu z dala od wiosek. Niedaleko dostrzegliśmy niewielkie ognisko, przy którym grzali się zarówno pasterze jak i krówki. Po godzince dotarliśmy na Giercze (876 m) gdzie zrobiliśmy sobie piętnastominutowy odpoczynek. W międzyczasie chmury podniosły się i wyłonił się z mgieł widok na Truchanów i na dolinę rzeki Stryj, wzdłuż której biegnie kolej. Rzeki i kolei nie udało nam się dostrzec, ale i tak cieszyliśmy się z poprawy pogody, ponieważ była to nasza pierwsza panorama. Zbliżała się godzina 16 i zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na biwak. Dotarliśmy na Jaworzynkę (926 m), na której szczycie znajduje się rozległa polana skąd można podziwiać jeszcze piękniejsze panoramy. Zwłaszcza o tej porze roku. Kolory bukowych liści przedstawiały pełną gamę jesiennych kolorów, co w połączeniu z urozmaiconym górskim krajobrazem wyglądało przepięknie. Ze szczytu Jaworzynki oprócz drogi, którą przyszliśmy odchodzą jeszcze dwie - obie w kierunku w przybliżeniu południowo-zachodnim. My mieliśmy iść drogą skręcającą bardziej na południe, która wyglądała na bardziej uczęszczaną. Niedaleko za szczytem zeszliśmy z drogi w poszukiwaniu wody. Klucząc zeszliśmy około 100 metrów i znaleźliśmy uroczą polankę, na skraju której płynął raźnie potok. Drewna w lesie było pod dostatkiem i teren płaski. Po prostu idealne miejsce na rozbicie namiotu.
Zaczęły się standardowe biwakowe przygotowania. Szybko podzieliliśmy się robotę i już po chwili siedzieliśmy przy ognisku nad wielkim garem gorącej, pachnącej i apetycznej kaszy. Po całodziennym dniu w chłodzie i deszcze nabraliśmy apetytów, tak że kasza zniknęła w oka mgnieniu. Z pełnymi brzuchami mogliśmy snuć górskie opowieści przy gorącej herbatce.
Wracając do posiłków to każdy nosił wspólnie przygotowane porcje żywieniowe. Mieliśmy na każdy dzień porcję śniadaniową oraz obiadowo-kolacyjną. Zestawy śniadaniowe były wszystkie takie same i składały się głównie z: kaszki dla dzieci, kaszki kukurydzianej, płatków owsianych błyskawicznych, płatków jęczmiennych błyskawicznych i dodatków (rodzynki, słonecznik, morela, orzechy), waga porcji ok. 160 g. Natomiast zestawów obiadowych mieliśmy trzy rodzaje:

  • RYŻ - ryż, soczewica, warzywa suszone, przyprawy wg upodobania np. curry, 1 kostki rosołowej,
  • KASZA -kasza, soczewica, majeranek, 1 kostki rosołowej,
  • KUSKUS - kuskus, soja błyskawiczna, 1 kostki rosołowej, przyprawy: bazylia i koperek, do tego warzywa suszone, których nie miesza się z resztą.

Poza tym każdy miał ok. 400 g na dzień sucharów, batoników, suszonej kiełbaski itp. do przegryzienia w ciągu dnia.

[ Ukraina 2002: » --1-- «» --2-- «  » --3-- «  » --4-- «  » --5-- «  ]
Powrót © 2010 Gwarki Górskie