Nasza historia zaczyna w Beskidzie Niskim, gdzie na jednym z noclegów poznaliśmy
nowych znajomych z Warszawy Sergiusza i Iwonę. Spędziliśmy w ich towarzystwie
miły wieczór snując opowieści o naszych wyprawach i o najbliższych planach.
Okazało się, że wybierają się na Ukrainę pod koniec września (28.IX - 6.X).
Ponieważ już od dawna planowaliśmy tam pojechać, więc niewiele się namyślając
zapytaliśmy ich czy nie moglibyśmy się z nimi zabrać. I tu zaczyna się historia
wypadu na Ukrainę w Bieszczady Wschodnie.
Zaczęły się przygotowania i pierwsze przeszkody. Tuż przed wyjazdem Ula dostała
ofertę pracy, której nie można było odłożyć na później. Musiała zrobić badania
lekarskie i pozałatwiać formalności. Z dnia na dzień nikła szansa byśmy mogli
pojechać razem na Ukrainę 9. Naszą wspólna decyzja było, że za wszelką cenę
trzeba skorzystać z okazji i na wyjazd miałem pojechać sam. Ula postanowiła
zadowolić się zdjęciami. Co prawda mój zapał stygł z dnia na dzień, tak jak
stawało się coraz chłodniej. W Zakopanem było ok. 4 stopnie C w ciągu dnia i nie
było podstaw by sądzić, że na Ukrainie będzie cieplej. Nigdy wcześniej nie
miałem okazji spać przy takich temperaturach namiocie, wiec do plecaka wrzucałem
coraz cieplejsze rzeczy. Na wyprawę miało się wybrać około osiem osób. Ekwipunek
był podzielony na całą grupę. Ja ze wspólnych rzeczy miałem zabrać gaz oraz
namiot. Inni mieli wziąć garnki do gotowania oraz siekierkę. Poza tym każdy
miał być zaopatrzony w czołówkę (względnie latarkę), świeczkę na rozpałkę,
małą apteczkę (plastry, lekarstwa na przeziębienie), ciepły śpiwór, menażkę
oraz ok. 400 g/dzień różnych rzeczy do przegryzienia. Poza tym ok. 50 USD
w niskich nominałach oraz ok. 200 złotych. To powinno wystarczyć na około
tydzień tułaczki. Na każdy dzień podróży mieliśmy przygotowane racje żywnościowe,
które były przyrządzane rano i wieczorem.
28.IX... dojazd...
O godzinie 7:00 Z Warszawy Centralnej
ruszył pociąg do Przemyśla w którym jechali uczestnicy wycieczki. Ja w tym
czasie dopiero wstawałem, aby o godzinie 9:00 dosiąść się do grupy. Poranek
tego dnia był pochmurny i zimny, więc nie zdziwiłem się zbytnio, gdy zobaczyłem
w przedziale tylko dwie osoby Sergiusza i Waldka. Po krótkim powitaniu przeszliśmy
do ustalania szczegółów wyprawy. Planowaliśmy dzisiejszego dnia dojechać do
Stryja na Ukrainie i tam zanocować, a następnego dnia dostać się do wioski
Bubniszcze, z stamtąd dojść do granicy między tamtejszymi województwami (oblasti)
i iść nią w kierunku najwyższego szczytu Magury (1362). Dalej mieliśmy zdecydować,
co robić w zależności od pogody i czasu, jakim dysponowaliśmy, a więc maksymalnie
do 10.X.
W Przemyślu wypatrzyli nas Ukraińcy, którzy przewozili Polaków prywatnymi
samochodami do Lwowa, a i do Stryja nie robiło im różnicy, żądając po 40 złoty
od osoby. Do Stryja było ok. 140 km, więc wydała nam się to rozsądna cena,
tym bardziej, że nie chcieliśmy marnować czasu na nocleg w Przemyślu. O godzinie
14:30 siedzieliśmy już w taksówce jadąc do Stryja. Podczas podróży pochmurna
aura wpłynęła na nasze nastroje, więc panowała ciężka atmosfera. Mimo to z
ciekawością zerkaliśmy, przez mokre szyby samochodu, na szybko zmieniający
się krajobraz. Kierowca jechał bardzo szybko i zastanawiałem się jak można
jeździć z taką prędkością po szosie przypominającej ser szwajcarski. Ponadto
istniało duże prawdopodobieństwo natknięcia się na stado maszerujących po
ulicy krów lub gęsi, które parkowały na jej środku nie przejmując się samochodami.
W czasie podróży mijaliśmy mnóstwo nowopowstających murowanych cerkwi. Ogólnie
krajobraz było ponury ubarwiony jedynie kolorowymi drzewami, przypominającymi,
że zbliża się już jesień.
Do Stryja dotarliśmy o godzinie 18:00. Tutaj przestawiliśmy zegarki o godzinę
do przodu - na miejscowy czas - tak wiec dzień nam się skrócił. Nocleg zaplanowany
był na dworcu kolejowym, gdzie znajdują się tzw. komnaty wypoczynku, które
są na większości większych dworców na Ukrainie. Noclegownia otwierana była
o godzinie 20:00, wiec mieliśmy chwilkę czasu, żeby się rozejrzeć. Dworzec
był schludny i czysty w przeciwieństwie do miasta, które nie zachęcało do
zwiedzania. Jak nas potem poinformowała pani pilnująca pokoi, że lepiej nie
wybierać się na spacery po zmierzchu, gdyż zdążają się wypadki. Czego zresztą
nie trudno się było domyśleć, miasto po zmroku było zupełnie ciemne, ponieważ
nie było oświetlenia na ulicach, wiec pod osłona nocy dotarliśmy tylko do
najbliższego baru, gdzie zmówiliśmy potrawy polecone przez Sergiusza. Mnie
trafiło się coś w rodzaju kapuśniaka z ziemniakami, fasolą o gotowaną wołowiną.
Całość była mocno przyprawiona. Po niewielkim posiłku wróciliśmy do pokoju,
gdzie domeldowano dwóch Ukraińców, którzy, natychmiast jak nas zobaczyli,
zaczęli nas częstować wódką. Niestety trafili na Polaków, którzy nie chcieli
pić, co wydawało się im bardzo podejrzane. Przez prawie godzinę odpieraliśmy
ataki a zwłaszcza Sergiusz, który jako jedyny umiał się z nimi dogadać. Patrząc
się na nas jak na dziwaków wypili po szklaneczce położyli się spać. Na tym
nie skończyły się atrakcje. O godzinie drugiej w nocy obudziły nas niepokojące
hałasy i ktoś po ciemku trafił na ostatnie wolne miejsce w pokoju. To samo
powtórzyło się o piątej nad ranem. Woleliśmy nie wiedzieć, co się działo w
nocy. A śladem, że coś się wydarzyło było zakrwawione łóżko w noclegowni.
29.IX. ...ruszamy w góry...
Rano niebo było zachmurzone i w każdej chwili mógł zacząć padać deszcz. Nie
było to zbyt pocieszające, ale zaryzykowaliśmy wyjście w góry. Przed dworcem
szybko znalazła się taksówka. Kierowca poinformował nas, że w tych okolicach
można dojechać wszędzie płacąc 1 hr/ 1 km. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest
to wygórowana cena, ale nie znaleźliśmy tańszej taksówki. Za kurs ze Stryja
do Bobczyc zapłaciliśmy 50 hr, co także było nieco naciągnięte, ponieważ nie
było tam 50 km. Ale cóż, na Ukrainie trzeba się liczyć z tym, że na każdym
kroku naciąga się Polaków, ale na szczęście w rozsądnych granicach.
Około godziny 10:30 dojechaliśmy do szlabanu wyznaczającego granicę rezerwatu
"Skeli Dobrzyszcza". Dalej szliśmy szeroką drogą w niewielkim deszczu.
Po półgodzinnym marszu dotarliśmy do baru, gdzie zatrzymaliśmy się na gorącej
herbacie, co wprawiło nas w dobry nastrój i nawet padający deszcz nie był
już zbyt przygnębiający. Tym bardziej, że rezerwat był już kilkaset metrów
dalej. Główne zgrupowanie skał znajdowało się opodal sporej polanki, na której
znajdowała się niewielka kapliczka. Same skały były wkomponowane w las liściasty,
który mimo pochmurnej pogody wyglądał bardzo malowniczo tworząc niewielki
placyk, na którym kwitł "interes turystyczny". Można było tutaj
kupić przeróżne pamiątki lub przejechać się konno. Ja uwielbiam konie, więc
zaryzykowałem przejażdżkę, co miało mnie kosztować dolara, ale po skończonej
jeździe okazało się, ku mojemu zdziwieniu, że mam do zapłacenia dwa dolary,
ponieważ jeździłem za długo i kłusowałem. Wiec radzę, zanim się wsiądzie na
konia na Ukrainie, należy się upewnić, co jest wliczone w cenę. W każdym
razie galop kosztowałby już 15 dolarów.
Po tych atrakcjach zaczęła się eksploracja skał. Od strony placyku, na którym
zorganizowany był padok znajdowały się dwa wejście do komnat wykutych w litej
skale oraz zadaszenie, w którym sprzedawano pamiątki. Można sądzić, że skały
te były zagospodarowane już od bardzo dawna. Inną atrakcją była głowa lwa,
którą można było wpatrzeć na jednaj ze ścian skalnych. Zataczając większe
koło wokół skał znaleźliśmy wejście do wąwozu skalnego, przez który nie sposób
było się przecisnąć z plecakiem, więc doszliśmy gdzie mogliśmy i zawróciliśmy
by spojrzeć na rezerwat ze szczytu skał, gdzie prowadziły śliskie schodki
wykute w litej skale. Na szczycie okazało się, że rezerwat skalny jest znacznie
większy. Staraliśmy się wpatrzeć jak najwięcej, ale mgła była nieubłagana
i tajemniczo ukryła większości atrakcji. Niestety nie mieliśmy czasu na dalsze
zwiedzanie, tym bardziej, że nie było wiadomo czy można i którędy można zwiedzać
rezerwat, a poza tym nie wiadomo było, co będzie z tą kapryśną pogodą.
Pełni wrażeń zaczęliśmy szukać ścieżki prowadzącej na południe. Z początku
szliśmy leśną drogą, dość wygodną, która za jakiś czas odbiła na południowy
zachód prowadząc w dół. Natomiast my trzymaliśmy kierunek południowy idąc
wąską ścieżką przez las. Nabierając powoli wysokości dotarliśmy na zarośnięty
szczyt Sokołowej (681 m). Skąd zeszliśmy na odsłoniętą przełęcz (547 m), na
której stali dwaj pasterze. Sergiusz znając ukraiński dopytał się o dalszą
drogę upewniając się, że idziemy w dobrym kierunku. Łącznie ze zwiedzaniem
rezerwatu szliśmy około 3,5 godziny. Cały czas idąc wśród kolorowych buków,
zastanawiając się czy niesprzyjająca aura nie przeszkodzi nam w dalszej wędrówce.
Trzymając kierunek południowy odnaleźliśmy leśną drogę, którą szliśmy do końca
dnia. Co jakiś czas mijaliśmy niewielkie polanki, które wyglądały jakby co
tydzień ktoś je kosił i faktyczne po drodze spotkaliśmy czworonożne kosiarki-mleczarki,
które pracowicie skubały trawę na w środku lasu z dala od wiosek. Niedaleko
dostrzegliśmy niewielkie ognisko, przy którym grzali się zarówno pasterze
jak i krówki. Po godzince dotarliśmy na Giercze (876 m) gdzie zrobiliśmy sobie
piętnastominutowy odpoczynek. W międzyczasie chmury podniosły się i wyłonił
się z mgieł widok na Truchanów i na dolinę rzeki Stryj, wzdłuż której biegnie
kolej. Rzeki i kolei nie udało nam się dostrzec, ale i tak cieszyliśmy się
z poprawy pogody, ponieważ była to nasza pierwsza panorama. Zbliżała się godzina
16 i zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na biwak. Dotarliśmy na Jaworzynkę
(926 m), na której szczycie znajduje się rozległa polana skąd można podziwiać
jeszcze piękniejsze panoramy. Zwłaszcza o tej porze roku. Kolory bukowych
liści przedstawiały pełną gamę jesiennych kolorów, co w połączeniu z urozmaiconym
górskim krajobrazem wyglądało przepięknie. Ze szczytu Jaworzynki oprócz drogi,
którą przyszliśmy odchodzą jeszcze dwie - obie w kierunku w przybliżeniu południowo-zachodnim.
My mieliśmy iść drogą skręcającą bardziej na południe, która wyglądała na
bardziej uczęszczaną. Niedaleko za szczytem zeszliśmy z drogi w poszukiwaniu
wody. Klucząc zeszliśmy około 100 metrów i znaleźliśmy uroczą polankę, na
skraju której płynął raźnie potok. Drewna w lesie było pod dostatkiem i teren
płaski. Po prostu idealne miejsce na rozbicie namiotu.
Zaczęły się standardowe biwakowe przygotowania. Szybko podzieliliśmy się robotę
i już po chwili siedzieliśmy przy ognisku nad wielkim garem gorącej, pachnącej
i apetycznej kaszy. Po całodziennym dniu w chłodzie i deszcze nabraliśmy apetytów,
tak że kasza zniknęła w oka mgnieniu. Z pełnymi brzuchami mogliśmy snuć górskie
opowieści przy gorącej herbatce.
Wracając do posiłków to każdy nosił wspólnie przygotowane porcje żywieniowe.
Mieliśmy na każdy dzień porcję śniadaniową oraz obiadowo-kolacyjną. Zestawy
śniadaniowe były wszystkie takie same i składały się głównie z: kaszki dla
dzieci, kaszki kukurydzianej, płatków owsianych błyskawicznych, płatków jęczmiennych
błyskawicznych i dodatków (rodzynki, słonecznik, morela, orzechy), waga porcji
ok. 160 g. Natomiast zestawów obiadowych mieliśmy trzy rodzaje:
RYŻ - ryż, soczewica, warzywa suszone, przyprawy wg upodobania np. curry,
1 kostki rosołowej,