Plama na honorze zmazana! Po dwóch latach od niefortunnej Zugspitze Expedition, która zakończyła się wyjazdem na najwyższą górę Niemiec kolejką zębatą, wreszcie wdrapaliśmy się tam o własnych siłach...
1 lipca 2006
Masyw Zugspitze z Lermoos
Poprawka niestylowego wejścia na Zugspitze od dawna chodziła nam po głowach. W sezonie 2006 stała się ona też dobrą okazją do treningu przed planowanymi na sierpień Großglocknerem i Triglavem. Tymczasem po zimnej i deszczowej, a w górach nawet śnieżnej, pierwszej połowie czerwca nadeszła fala upałów i śnieg w dolinie Höllental zaczął się gwałtownie topić. Przeczekaliśmy jeszcze jakieś dwa tygodnie, chcąc trochę odkopać się z bieżących obowiązków w klinice i wreszcie w piątek 30.06 wskoczyliśmy po pracy w auto i po trzech i pół godzinie jazdy byliśmy już u stóp Wettersteingebirge.
Tym razem, nie jak przed dwoma laty, patrzyliśmy z austriackiego Lermoos i z niemieckiego Garmisch-Partenkirchen na kolosalne wapienne ściany bez większych obaw o naszą kondycję. Po urlopie w szkockich górach czuliśmy się całkiem nieźle przygotowani.
Do Garmisch dotarliśmy około 20. Dzień był długi, więc w Hammersbach widzieliśmy nawet grupkę ludzi wyruszających z parkingu prosto w góry - pewnie planowali dotrzeć do Höllentalhütte i w ten sposób ugryźć trochę podejścia na jutro. My jednak postanowiliśmy zdobyć górę od 'zera', no ściślej zaczynając na 775 m n.p.m. w Hammersbach... Tak na marginesie - dopiero później uświadomiliśmy sobie, że prawie 2200 metrów dzielące nas do szczytu, było największym jak dotąd podejściem, które 'zrobiliśmy' w ciągu jednego dnia i jednym z największych jakie stoi przed zdobywcami Krony Europy.
Pojechaliśmy więc na kemping i po krótkiej krzątaninie wślizgnęliśmy się do namiotu chcąc się wyspać przed jutrzejszą wczesną pobudką i długim podejściem. Łatwiej powiedzieć niż zrobić - po Garmisch do późna pędzili samochodami obwieszonymi flagami kibice świętujący kolejne zwycięstwo swojej drużyny w piłkarskich mistrzostwach świata - i oczywiście nie żałowali klaksonów...
Höllentalklamm
Wreszcie usnęliśmy i wydaje się że dosłownie chwilę później zadzwonił budzik. Szybkie śniadanie, zwijanie namiotu i o 6:30 ruszyliśmy w drogę. Pierwszy odcinek przemknęliśmy całkiem szybko, zatrzymując się tylko, żeby popatrzeć na czarną salamandrę na ścieżce - o 7:15 byliśmy już przy wejściu do wąwozu Höllentalklamm.
Przy wejściu znajduje się niewielke schronisko (właściwie bufet, ponieważ nie oferuje ono noclegów) i furtka z kasą biletową. Wstęp do wąwozy jest płatny (2,50 euro w 2006 roku), ale wejść naprawdę warto bo głęboki kanion wycięty przez potok i hucząca, błękitna woda robią wrażenie. Martwiła nas jednak lekko ta furtka - nie wiedzieliśmy o której godzinie bufet i kasa są otwierane. Na budce z biletami umieszczony jest jednak dzwonek i pewnie idąc za wcześnie, w razie potrzeby, można obudzić kogoś z obsługi. W końcu przekleśntwa po bawarsku i tak trudno zrozumieć...
Wąwóz zamykany jest jednak w sezonie zimowym - w praktyce oznacza to do połowy maja, ze względu na opadające do niego niebezpieczne nawisy zlodziałego śniegu. Trzeba wtedy skorzystać z dłuższego o pół godziny szlaku Stangensteig obchodzącego kanion od góry.
Tego dnia na szczęście Höllentalklamm był już otwarty - szybka formalność z biletami i idziemy dalej, praktycznie bez przystanków, bo znaliśmy go już z poprzedniej przymiarki do Zugspitze a bardzo zależało nam na czasie.
Brett na szlaku przez Höllental
Godzinę później byliśmy już przy schronisku Höllentalhütte (1381 m n.p.m.), skąd jak na dłoni widać dalszą trasę. I tym razem, podobnie jak dwa lata temu, nie oparliśmy się chłodnemu piwku, choć sącząc je o 8.20 rano stanowiliśmy dla Niemców, zajadających muessli i popijających kawą z mlekiem, nie lada atrakcję...
Szlak jak dotąd dzieliliśmy zaledwie z garstką ludzi. Teraz jednak ze schroniska zaczęły 'wysypywać' się kolejne zespoły i ruszać na trasę w niewielkich odstępach. Miało nam to później sprawić nieco kłopotu, jak narazie jednak o tym nie myśleliśmy.
Dokończyliśmy piwko i pomaszerowaliśmy w drogę. Szybko dotarliśmy pod słynną Brett - prawie pionową ścianę skalną z drabinką i prętami. Dla osób nieobytych z ekspozycją i sztucznymi ubezpieczeniami to miejsce jest swego rodzaju testem. Mając problemy z pokonaniem Deski nie należy naszym zdaniem iść dalej, ponieważ ostatni odcienk szlaku biegnie w przepaścistym terenie i jest w całości ubezpieczony linami i klamrami, a w dwóch miejscach prętami podobnymi do tych na Brett.
My odcinek ten znaliśmy już z poprzedniej próby. Właściwie wtedy pokonaliśmy go bez większych trudności nawet bez, dających komfort psychiczny, lonż, czyli zestawów typu via-ferrata (których wtedy po prostu nie mieliśmy). Tym razem jednak wędrowaliśmy z większymi plecakami odbierającymi trochę pewności ruchom, więc postanowiliśmy użyć naszych nowych lonż, w które zaopatrzyliśmy się z myślą o Triglavie. Poszło gładko...
Po przejściu Deski trochę zwolniliśmy - dno doliny było prawdziwą patelnią na której smażyliśmy się bez najmniejszego podmuchu wiatru. Slak prowadzi teraz najpierw wśród karłowiaciejącej kosówki, dalej wśród ostatnich skrawków trawy i wreszcie wyprowadza na niekończące się piarżysko...
Lodowiec Höllentalferner
W ten sposób przed 12 dotarliśmy do skraju lodowca Höllentalferner, gdzie odpoczywały prawie wszystkie zespoły, które wyruszyły przed nami i gdzie niewiele później dobrnęły grupki idące za nami. Zespoły pracowicie przypinały raki, wiązały się linami a my... raki zostawiliśmy w domu a o linie nawet nie myśleliśmy przez sekundę... W gruncie rzeczy lodowiec okazał się być miękki a raki zupełnie zbędne... Po niedługim odpoczynku weszliśmy więc na śnieg i podreptaliśmy w kierunku miejsca, gdzie szlak opuszcza lodowiec i wprowadza w skałę. Lodowiec nie jest trudny ani szczególnie niebezpieczny. Zazwyczaj na trasie, którą wiedzie podejście nie ma w nim niebezpiecznych szczelin a powierzchnia jest na tyle miękka, że raki nie są konieczne. Bywają jednak dni, kiedy przemienia się ona w lity lód. Przed wyjazdem w okolice Zugspizte warto zasięgnąć informacji o stanie lodowaca w schronisku Höllentalhütte lub w informacji DAV przez stronę www.alpenverien.de.
Od chwili opuszczenia lodowca, aż do szczytu jest on ubezpieczony stalowymi linami a w kilku miejscach za stopnie robią pręty podobne do tych umieszczonych na Brett.
Nie mówmy jednak 'Hop!' zanim... nie przeskoczymy... Przed wejściem na klettersteig trzeba pokonać jeszcze jedną, z pozoru błahą przeszkodę - szczelinę brzeżną. Pomiędzy skrajem lodowca a litą ścianą, z kilkama stopniami drabinki zieje całkiem głęboka dziura. Problem w tym, że gdy pod koniec lata śnieg pokrywający lodowiec jest wytopiony nie tak łatwo dosięgnąć do pierwszego szczebla drabinki...
Klettersteig przez Höllental
Klettersteig przez Höllental
Sam szlak nie jest bardzo trudny. W sumie mając dobrą kondycję i będąc obeznanym ze skałami, bez trudu można sobie wyobrazić pokonanie go bez ubezpieczania się lonżami. Jednak... My na znacznej części trasy zapinaliśmy karabinki... Głównie z powodu dyskomfortu wywołanego ciasnotą na trasie. Niestety większość osób podchodzących tą trasą planuje zjazd ze szczytu którąś z kolejek - te jednak przestają kursować już około 16:30. Chcąc spędzić jakąś godzinkę na szczycie trzeba zatem wyruszyć z Hammersbach około 6 a ze schroniska około 8. W ten sposób wszyscy, zdobywający górę w danym dniu idą prawie o tej samej porze i... znacznie zwalniają na klettersteigu walcząc z przepinaniem karabinków lonż i rosnącym zmęczeniem. Robią się niewielkie zatory, których wyprzedzanie jest trudne i niewiele daje, bo kilkadziesiąt metrów dalej trafia się na kolejny korek... Tym sposobem odcinek pomiędzy skrajem lodowca a wierzchołkiem zabiera około 3 h, choć patrząc w górę z lodowca wydaje się, że potrzeba na niego godzinkę, nie więcej... Jest to zresztą mylne wrażenie - na oko, nawet bez 'korków', odcinek ten pochłania około 2 h.
My mieliśmy pecha i utknęliśmy za wyjątkowo powolną większą grupą idącą z przewodnikiem. Kilka osób z grupki nawet wspomniało przewodnikowi, że blokują trasę i może lepiej, gdyby postarali się przepuścić idących za nimi, ale przewodnik, zamykający tą kawalkadę burkną tylko, że szlak jest publiczny i każdy może się po nim poruszać tak jak się mu podoba (oczywiście nikt z Niemców idących za nami nie odważył się dyskutować - autorytet przewodnika jest niepodważalny)... I nie przepuścił nas aż niewielkiego poszerzenia kilkadziesiąt metrów od przełęczy Irmerscharte, gdzie jego grupa po prostu padła. Od tego punktu trochę przyspieszyliśmy, ale wierzchołek osiągnęliśmy dopiero o 15.00.
Przez większość wędrówki widok obejmował tylko otoczenie doliny Höllental i lodowiec widoczny w dole pod stopami. Dopiero po przejściu przełęczy Irmerscharte zajrzeć można na drugą stronę grani, na leżące daleko w dole jezioro Eibsee i liny kolejki zmierzającej do górnej stacji na Zugspitze. Od tego miejsca zreszta szlak staje się łatwiejszy, choć z drugiej strony najdłużej zagega tu śnieg i nawet w czerwcu trzeba liczyć się z tym, że część lin stallowych może być jeszcze przykryta.
Na Zugspitze
Widok z Zugspitze
W nagrodę za cierpliwość w korku, otrzymaliśmy kolejną okazję do uśmiania się z Niemców i ich posłuszeństwu porządkowi i wszelkiego rodzaju ograniczeniom (Ordnung muss sein). Pod krzyżem na szczycie rozstawiona była 'tyrolka', którą można było zjechać na leżący parę metrów niżej taras widokowy stacji kolejki. Miejsce, z którego amatorzy tych atrakcji startowali otoczone było dla 'bezpieczeństwa' liną. Spośród osób odwiedzających wierzchołek podczas naszego pobytu, NIKT nie odważył się przekroczyć tej linki przeciągniętej na wysokości kolan. Wszyscy cisnęli się na kilku metrach kwadratowych pod krzyżem i po kilku minutach dreptania w miejscu schodzili...
My spędziliśmy tam kilkunaście minut, w ciągu których niestety niewiele zobaczyliśmy, ponieważ mimo świetnej pogody w dolinach, sam szczyt otoczony był chrumrami.
W końcu, po skontaktowaniu i odnalezieniu się z naszymi przyjaciółmi, Martą i Tomkiem, którzy atakowali szczyt z drugiej strony, od Reintal, też w końcu przenieśliśmy się na taras i uczciliśmy nasze wejście kuflem piwa urozmaiconym klasycznym jodłowaniem prezentowanym na żywo na tarasie restauracji... Niedługo potem Marta i Tomek wskoczyli w ostatnią kolejkę jadącą w dół a taras całkowicie się wyludnił. Trzeba przyznać, że w chmurze, która otoczyła wierzchołek, ta opustoszała bryła betonu i żelaza robiła niesamowite wrażenie. Nie mogliśmy jednak zabawić tam zbyt długo, ponieważ w planie mieliśmy zejście na nocleg prawie 1600 m w dół do Reintalhütte (1366 m n.p.m.).
Platt
Zejście rozpoczęliśmy o 16:30. Najpierw stromo w dół po niewygodnej i bardzo zerodowanej ścieżce w ostatnim odcinku ginącej w usypującym się piarżysku. Czasem tracąc wyczucie kierunku, dotarliśmy wreszcie po 40 minutach we mgle do płaskowyżu, po którym biegnie szlak do Knorrhütte. Tu trochę na wyczucie a od czasu do czasu dostrzegając tyczki wyznaczające kierunek, schodziliśmy na przemian po łatach śniegu i odsłoniętych piargach. Na szczęście niedługo znaleźliśmy się pod chmurą i szukanie drogi stało się o wiele łatwiejsze. Znów mogliśmy podziwiać księżycowy krajobraz skalistego pustkowia Platt, który zrobił na nas wrażenie już dwa lata wcześniej. Jeszcze przed siódmą dotarliśmy na próg płaskowyżu do Knorrhütte (2052 m n.p.m.). Przez moment rozważaliśmy nawet nocleg w tym schronisku, które leży w naprawdę imponującej scenerii, jednak nazajutrz planowaliśmy przejść w rejon Alpspitze przez grań Blassen i musieliśmy 'urwać' jeszcze te 700 m zejścia.
Próg Platt poniżej Knorhütte
Fragment ten źle zapamiętaliśmy z poprzedniego pobytu - stroma ścieżka opadająca po absolutnie ruchomym piarżysku po uprzednim podejściu 2200 m w górę to nic przyjemnego. Ale stoczyliśmy się jakoś na dno doliny i odpoczęliśmy nieco na ostatnich kilkuset metrach wiodących do schroniska Angerhütte prowadzących po zupełnie płaskim dnie doliny. Nawet w tej sielankowej scenerii o potędze gór przypomina jednak rumowisko poczerniałych głazów - jęzor lawiny.
Tuż przed ósmą dotarliśmy na próg schroniska Reintalhütte (1366 m n.p.m.) a tu niespodzianka - tłum ludzi, oglądających zresztą... mecz piłki nożnej w przenośnym malutkim telewizorze.... Już zaczęliśmy się martwić, że będziemy musieli dzielić z nimi zbiorową salę, ale na szczęście w schronisku nie było już wolnych miejsc... i zostaliśmy ulokowani na zacisznym i przytulnym strychu w dodatku za pół ceny :-). Nie muszę chyba dodawać że po tych 12 godzinach marszu zasnęliśmy jak zabici...
2 lipca 2006
Reintal spod grani Blassen
Chcąc zrobić jak najlepszy użytek z tego górskiego weekendu z trudem wyrwanego z innych obowiązków, zaplanowaliśmy następnego dnia nie schodzić po prostu do Garmisch, tylko przejść przez grań ograniczającą dolinę Reintal i zaatakować Alpspitze (2620 m n.p.m.), na który także prowadzi ładny klettersteig. Zerwaliśmy się rano i ruszyliśmy w górę szlakiem zwanym Schützensteig na przełęcz Mauerscharte (1912 m n.p.m.). Niestety przeliczyliśmy się. Niby tylko 600 m różnicy wzniesień, ale szlak biegnie w trudnym terenie, obchodząc skalne ściany i przecinając żleby - wszędzie usypujące się kamienie, w jednym miejscu nawet pręty podobne do Brett no i nasze zmęczone nogi - podejście zabrało nam 4 godziny...
Alpspitze i grań Blassen z Mauerscharte
Zmęczenie powoli kazało nam zapominać o planach ze zdobyciem Alpspitze, choć ten z przełęczy widoczny był jak na dłoni...
Niestety nie ma szlaku wygodnie łączącego Mauerscharte z początkiem szlaków prowadzących wschodnim zboczem piramidy szczytowej Alpspitze. Chcąc się tam przedostać trzeba zejść na około 1650 m n.p.m. w dodatku nadkładając bardzo drogi. Po dotarciu do miejsca, z którego można wreszcie skręcić w stronę Alpspizte i zmierzyć się z 1000 m różnicy wzniesień, przekalkulowaliśmy czas i... musieliśmy zrezygnować mając na uwadze czekające nas jeszcze zejście a potem 3.5, może 4 godziny jazdy do Tybingi.
Powędrowaliśmy więc pomału bezpośrednio w stronę Kreuzeck (1650 m n.p.m.), gdzie sącząc piwko mogliśmy jeszcze napatrzeć się na Alpspitze przed rozpoczęciem ostatniego, stromego zejścia do Hammersbach zamykającego naszą pętlę.