W 2003 roku po zwiedzeniu Pragi postanowiliśmy powędrować z siostrą Uli, Dorotą, po szlakach czeskich i polskich Gór Stołowych. Zatrzymaliśmy się w naszych ulubionych Skalnych Miastach a następnie przeszliśmy przez Ostasz i Broumowskie Ściany, by z leżącego w nich Machowa wrócić do Polski i odwiedzić po raz trzeci jeden najbardziej wyjątkowych szczytów Korony w Sudetech - Szczeliniec Wielki.
Po noclegu u miłego Czecha w Machowie ruszyliśmy rano szosą w kierunku przejścia granicznego Ostra Góra a stamtąd znanym już bardzo dobrze mi i Marcinowi szlakiem do Pasterki. Dla Doroty droga ta była nizebyt ciekawa, ale pocieszaliśmy ją, że na szczycie Szczelińca, który teraz górował nad nami przytłaczająco, czeka ją nagroda - skalny labirynt. Zastanawialiśmy się też, nad błędem jakim było zabranie jej najpierw w czeskie Skalne Miasta - teraz Szczeliniec i Błędne Skały nie zrobią na niej należytego wrażenia...
Podejście na Szczeliniec Wielki od Pasterki pokonaliśmy szybciej niż wydawało nam się na dole - po pokonaniu Broumowskich Ścian to naprawdę pestka... Teraz zaczęliśmy spotykać coraz więcej polskich turystów, którzy patrząc na nasze plecaki z niedowierzaniem, porównywali swoje tempo marszu z naszym i popadali w kompleksy :-)
Tron Karkonosza
Na Szczelincu upichciliśmy sobie budyń Tornado na gazie i zjedliśmy batoniki - podarunek od gospodarza z Machowa. Zupełnie jak dwa lata wcześniej, kiedy w tym samym miejscu zajadaliśmy się tatrankami... Z zadowoleniem patrzyliśmy też na leżące pod nami Broumowskie Ściany - takie niepozorne a jednak pokonane dopiero w drugim podejściu ale przede wszystkim piękne. Szkoda ... a może jednak dobrze, że tak trudno dostępne dla turystów...
A później, choć napotkani ludzie pukali się w czoła na nasz widok, weszliśmy do labiryntu z naszymi plecakami...
Pierwszy odcinek, do Tronu Karkonosza, pokonaliśmy bez problemów, tam naprawdę byliśmy na wierzchołku najwyższego szczytu Gór Stołowych, na wysokości 919 metrów, a Dorota zdobyła świadomie swój pierwszy wierzchołek należący do Korony Gór Polski (nie licząc wycieczek na Babią Górę i Turbacz w dzieciństwie). Dalej było już trochę trudniej... Przeciskanie się przez szczeliny w Szczelińcu z plecakami wypakowanymi wszystkim co niezbędne w kilkudniowej trasie to naprawdę niezła frajda, a najśmieszniejsze są momenty, gdy plecak zaklinuje się w zbyt wąskiej szparze a jego właściciel w spazmach śmiechu z własnej, niezbyt komfortowej sytuacji traci siły i nie może ruszyć się ani w przód ani w tył:-) Jakoś jednak pokonaliśmy labirynt czasem popychając plecaki przed sobą, czasem ciągnąc je za sobą... Odwiedzil&śmy Małpoluda, Chybotka, Kwokę i całą resztę 'szczelińcowego ZOO' z przyjemnością pokazując znane nam zakamarki Dorocie. W końcu znaleźliśmy się na tarasie Niebo i tam rozbroił nas tekst turystów odpoczywających obok nas: 'Patrzcie, tam na parkingu widać nasz samochód!!!'. No cóż, jak dla nas, z Nieba widać znacznie więcej miejsc ciekawszych niż parking w Karłowie...
Małpolud
Po posiłku i dłuższej chwili cieszenia się widokiem zeszliśmy koszmarnymi schodami w stronę żółtego szlaku biegnącego z Karłowa na Szczeliniec. Tam wkroczyliśmy w świat straganów i budek ustawionych wzdłuż drogi, którą prowadzi szlak i oferujących wszystko począwszy od kiełbasek a skończywszy na biżuterii - zupełnie zapomnieliśmy o tym po kilku dniach spędzonych w czeskich miejscowościach...
Po piwku i lodach pozostało nam już tylko znaleźć miejsce na nocleg. Rozbiliśmy się na 'polu namiotowym' przy domu jakiegoś starszego człowieka, który zresztą zdarł z nas za to ładnych parę złotych nie pozwalając nawet skorzystać z ciepłej wody (co za kontrast w porównaniu z przemiłym gospodarzem z Machowa), ale za to mieliśmy do dyspozycji palenisko i ruszt wiec w planie pojawiło się kiełbaski-party. Humory dodatkowo poprawiła nam wiadomość, którą przez telefon przekazali mi rodzice - moja praca magisterska zdobyła I nagrodę w konkursie Polskiego Towarzystwa Nukleonicznego (a co za tym idzie 2000 złotych)! Było co oblewać:-)